Dużo to horrorów, bizarro i lewackich książek, którymi jestem ostatnio obsypywana, więc teraz z hukiem wchodzi "Bojowa pieśń tygrysicy"! W moim domu najwięcej jest romansideł i książek w stylu "Dziewczęta z Szanghaju", "Kwiat pustyni", "Burka miłości"... Siłą rzeczy więc bywa, że sięgam też po nie, gdy jestem juz tak zdesperowana, że czytam co popadnie. Nie zawsze wychodzi mi to na przyjemne i dobre, ale tym razem było warto...
Książka Amy Chua, chińskiej matki dwójki córek, która pragnie realizować swoje zaczerpnięte z Kraju Środka zasady w Stanach Zjednoczonych. Jak łatwo sie domyśleć, nie jest to takie proste.
Ze zmagań nadopiekuńczej, niebywale surowej i wymagającej matki z zupełnie innym sposobem wychowywania dzieci, wyszła całkiem przyjemna i lekka lektura na wakacyjny wyjazd.
Każdy z nas chciałaby odnieść w życiu sukces. W piramidzie Maslowa jest to nakreślone dosyć jednoznacznie, ale Chińczycy wydają się mieć własną piramidę potrzeb i całkowicie nie dbać o tą, która dominuje w literaturze nam znanej. Po lekturze "Bojowej pieśni tygrysicy" poraz kolejny wróciłam pamięcią do zajęć profesora L., który na "Podstawach dydatkyki" i "Pedagogice" tłukł nam do głowy jeden, jedyny dobry sposób budowania relacji z dzieckiem tak, aby osiągało sukcesy, było szczęśliwe i spełnione. Sposób niebywale skuteczny i wspaniały. Przynajmniej na zachodzie. Jak najbardziej zgadzaliśmy się z nim. Wkońcu był to standard narzucany nam przez naszą kulturę: liberalny i pełen zaufania do młodego człowieka. Zaufania związanego z powiedzeniem "rób co uważasz za słuszne, ale mamusia zrobiłaby tak...". Chuchanie i dmuchanie na dziecka, na jego zdrowie, wybory, edukację i wszystko inne, byleby być dobrym rodzicem.
A tu nagle: BAM!
Chińska mentalność, pełna surowych zasad i ogromnych wymagań stawianych najmłodszym, planowanie ich kariery juz w łóżeczku. Średniowieczne zaręczyny kolebkowe? Ustalanie zajęcia na podstawie profesji rodziców? Prawie.
Wszyscy rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Inwestują w nie czas, pieniądze, poświęcają im dużo czasu i starają się zapewnić wszystko co niezbędne, aby mogły się uczyć, rozwijać i spełniać marzenia. Niekoniecznie swoje własne... Wyjątkiem jest jednak sam proces układania i realizacji planów dzieci. W społeczeństwie zachodnim, szczególnie w USA kładzie się nacisk na indywidualność i realizację swoich własnych, zupełnie innych i niekonwencjonalnych planów. Na przykładzie tej książki widzimy, że inaczej wygląda to w rodzinach Chińskich. W ich państwie jedynym sposobem na wybicie się i odniesienie sukcesu jest bycie lepszym od innych. I to najlepiej we wszystkim! Aby to zrobić, należy jednak poświęcić jeszcze więcej, aby być w czymś wybitnym. Wiadome jest, że im wcześniej zacznie się naukę gry na instrumencie, tym lepiej. Świetnie widać to na przykładzie dwóch dziewczynek, które od przedszkola pobierały drogie nauki gry na instrumentach muzycznych.
Bardzo zaciekawiło mnie zakończenie tej książki, w którym jedna z córek zaczyna zajmowac się zupełnie czyms innym, niż było to jej pierwotnie planowane. Dziewczyna odnalazła się w tenisie i pomimo gotowości matki na kolejne poświęcenia związane z wynajęciem kortu, trenera i dobrego sprzętu, odrzuciła to i postanowiła rozegrać swoje życie po (h)amerykańsku, a druga, posłuszna woli matki i tym, do czego juz przywykła pozostała wierna sobie (sobie?).
"Jeśli myślisz, że jesteś w czymś dobry, odpal YT. Znajdzie się skośnooki, który robi to samo co ty, tylko milion razy lepiej".
Podsumowując moją krótką refleksję, chciałabym polecić tę książkę. Chociaż pewnie nie spodoba się czytelnikom mojego bloga, to warta jest, aby kupić ją mamie/siostrze/dziewczynie/narzeczonej/żonie. Niech się cieszy, a wy odetchnijcie z ulgą, bo możecie być pewni, że przeczytała coś, co nie jest kolejnym numerem kretyńskiego pisemka dla kobiet o tym jak schudnąć 15kg i zaakceptować samą siebie taką, jaką się jest.