czwartek, 12 czerwca 2014

"Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua

A teraz z zupełnie innej beczki!
Dużo to horrorów, bizarro i lewackich książek, którymi jestem ostatnio obsypywana, więc teraz z hukiem wchodzi "Bojowa pieśń tygrysicy"! W moim domu najwięcej jest romansideł i książek w stylu "Dziewczęta z Szanghaju", "Kwiat pustyni", "Burka miłości"... Siłą rzeczy więc bywa, że sięgam też po nie, gdy jestem juz tak zdesperowana, że czytam co popadnie. Nie zawsze wychodzi mi to na przyjemne i dobre, ale tym razem było warto...
Książka Amy Chua, chińskiej matki dwójki córek, która pragnie realizować swoje zaczerpnięte z Kraju Środka zasady w Stanach Zjednoczonych. Jak łatwo sie domyśleć, nie jest to takie proste.
Ze zmagań nadopiekuńczej, niebywale surowej i wymagającej matki z zupełnie innym sposobem wychowywania dzieci, wyszła całkiem przyjemna i lekka lektura na wakacyjny wyjazd.
Każdy z nas chciałaby odnieść w życiu sukces. W piramidzie Maslowa jest to nakreślone dosyć jednoznacznie, ale Chińczycy wydają się mieć własną piramidę potrzeb i całkowicie nie dbać o tą, która dominuje w literaturze nam znanej. Po lekturze "Bojowej pieśni tygrysicy" poraz kolejny wróciłam pamięcią do zajęć profesora L., który na "Podstawach dydatkyki" i "Pedagogice" tłukł nam do głowy jeden, jedyny dobry sposób budowania relacji z dzieckiem tak, aby osiągało sukcesy, było szczęśliwe i spełnione. Sposób niebywale skuteczny i wspaniały. Przynajmniej na zachodzie. Jak najbardziej zgadzaliśmy się z nim. Wkońcu był to standard narzucany nam przez naszą kulturę: liberalny i pełen zaufania do młodego człowieka. Zaufania związanego z powiedzeniem "rób co uważasz za słuszne, ale mamusia zrobiłaby tak...". Chuchanie i dmuchanie na dziecka, na jego zdrowie, wybory, edukację i wszystko inne, byleby być dobrym rodzicem.
A tu nagle: BAM!
Chińska mentalność, pełna surowych zasad i ogromnych wymagań stawianych najmłodszym, planowanie ich kariery juz w łóżeczku. Średniowieczne zaręczyny kolebkowe? Ustalanie zajęcia na podstawie profesji rodziców? Prawie.
Wszyscy rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Inwestują w nie czas, pieniądze, poświęcają im dużo czasu i starają się zapewnić wszystko co niezbędne, aby mogły się uczyć, rozwijać i spełniać marzenia. Niekoniecznie swoje własne... Wyjątkiem jest jednak sam proces układania i realizacji planów dzieci. W społeczeństwie zachodnim, szczególnie w USA kładzie się nacisk na indywidualność i realizację swoich własnych, zupełnie innych i niekonwencjonalnych planów. Na przykładzie tej książki widzimy, że inaczej wygląda to w rodzinach Chińskich. W ich państwie jedynym sposobem na wybicie się i odniesienie sukcesu jest bycie lepszym od innych. I to najlepiej we wszystkim! Aby to zrobić, należy jednak poświęcić jeszcze więcej, aby być w czymś wybitnym. Wiadome jest, że im wcześniej zacznie się naukę gry na instrumencie, tym lepiej. Świetnie widać to na przykładzie dwóch dziewczynek, które od przedszkola pobierały drogie nauki gry na instrumentach muzycznych.
Bardzo zaciekawiło mnie zakończenie tej książki, w którym jedna z córek zaczyna zajmowac się zupełnie czyms innym, niż było to jej pierwotnie planowane. Dziewczyna odnalazła się w tenisie i pomimo gotowości matki na kolejne poświęcenia związane z wynajęciem kortu, trenera i dobrego sprzętu, odrzuciła to i postanowiła rozegrać swoje życie po (h)amerykańsku, a druga, posłuszna woli matki i tym, do czego juz przywykła pozostała wierna sobie (sobie?).
"Jeśli myślisz, że jesteś w czymś dobry, odpal YT. Znajdzie się skośnooki, który robi to samo co ty, tylko milion razy lepiej".
Podsumowując moją krótką refleksję, chciałabym polecić tę książkę. Chociaż pewnie nie spodoba się czytelnikom mojego bloga, to warta jest, aby kupić ją mamie/siostrze/dziewczynie/narzeczonej/żonie. Niech się cieszy, a wy odetchnijcie z ulgą, bo możecie być pewni, że przeczytała coś, co nie jest kolejnym numerem kretyńskiego pisemka dla kobiet o tym jak schudnąć 15kg i zaakceptować samą siebie taką, jaką się jest.

"Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian" Ziemowit Szczerek

Czuję egzaminy. Dużo egzaminów. Czy mam specjalny narząd do ich wykrywania? Lampeczkę pod małym palcem prawej stopy? A może coś zupełnie innego? Nie. Po prostu chce mi się czytać bardziej niż zwykle. I pisać.
Mój blogowy głód dodatkowo spotęgowany został ostatnimi licznymi awariami laptopa, mojego głównego narzędzia pracy i nerdzenia (wiecie jak ciężko grać w BW na tablecie!?). Teraz jednak, po wielkim oczyszczeniu mój Lenoviak wrócił. Może i śmiga jedynie symbolicznie lepiej, ale nie jestem z tych, którzy szukają ekstra-wymówek.

Kolejna książka z darów, tym razem z urodzinowych. Hah! 20 czerwca stuknie dwudziecha! Skończy się "naście", a ja nie zrobiłam jeszcze niczego głupiego i mega nieodpowiedzialnego w życiu... No, chyba że uznamy za takie siedzenie i pisanie notek na bloga, podczas gdy NOS patrzy pożądliwie z półki ;) Wracając do tematu- książkę "Przyjdzie Modror i nas zje..." dostałam na wspomniane urodziny, jednak o wiele wcześniej.  Miałam więc wiele czasu na lekturę i przemyślenie tego i owego.  Korporacja Ha!art i jej bajeczne okładki! To pierwsze, na co należy zwrócić uwagę. Już przy "Jaszczurze" popisali się niegrzecznością, niejednoznacznością, pomysłowością i innymi ośćmi stojącymi w gardle wszystkim grzecznym czytelnikom. Kolejnym cieszącym oko detalikiem na okładce jest cena. A konkretniej, jej sformułowanie-bardzo konkretne i iście wróżebne: "24zło". Cieszy też fakt, że nie zapłaciłam za nią ani grosza ;)
A teraz może troszkę o treści.
Jeśli czytałeś kiedykolwiek Wojciechowską, albo innego Cejrowskiego, to z pewnością możesz mieć jakie-takie wyobrażenie tego, czym książka ta być może. Jednakże piękne i kolorowe pomalowane buźki afrykańskich dziewczynek w cienkich warkoczykach to nie Ukraina. I to jest właśnie szczególnym urokiem tej książki. Podczas gdy krakowskie szaraki takie jak ja, marzą o Japonii, Chinach i Madagaskarze, zjawia się turysta przeciętny, który z plecakiem wypchanym planami i wyobrażeniami pragnie przeżyć przygodę, jak na "Mężczyznę Dzikiego Serca" przystało! I wyszło z tego takie coś, co zamiast bawić i edukować, jak TVNowski program podróżniczy, rozdrapuje rany, a nawet i blizny. Edukując. Tutaj jednak edukacja ma formę rodzicielskiego klapsa; Rzeczywistość Wschodu to surowy ojciec, który karaniem pozytywnym (och! wybaczcie mi, ale nie mogłam się powstrzymać) stara się wybić z głowy gówniarzowi głupoty, ażeby nigdy nie stał się kimś takim, jak on. Książki podróżnicze mają to do siebie, że jeśli już opisują coś poza pobytem w punkcie A i B, oraz malowniczymi widokami w trasie pomiędzy (o ile takowe zasłużą w ogóle na wzmiankę!), to robią to wyjątkowo grzecznie. Tutaj natomiast rzuca nam się w oczy jeszcze mój postjaszczurowy, interpretacyjny natłok bodźców, które jedyne ujście znajdują w reakcji relacji kartka-długopis. Sam opis miejsc, w których "plecakowcy" przebywali też znacznie różni się od opisu urokliwych i pieknych wioseczek odciętych od reszty świata. Na próżno można by tu szukać zachwytu zatrzymaniem sie w czasie, jakie towarzyszy dalekim, egzotycznym wyprawom: w przypadku Wschodu zatrzymanie w czasie oznacza tyle, co dla Fausta koniec ostatniej juz księgi. Nie wiem jednak, czy podoba mi sie narracja. Tym bardziej nie wiem, co myśleć o tych wszytskich niebywale zbędnych z punktu widzenia książki podróżniczej, (ale bardzo istotnych dla kogoś, kto zamierza czytać "Przyjdzie Mordor.." jako coś zupełnie innego) dialogach. Aż ciśnie się jednak na usta pytanie, czy nie  robię źle, czytająć tę książkę w taki sposób. A ja wiem. I powiem, że robię bardzo źle pisząc o niej, jako o raporcie  z wyprawy, bo tak ogromnej antyreklamy krajów położonych za naszą wschodnią granicą szukać by można tylko u Obamy i Merkel. A to chyba nie o to chodziło autorowi... Odkryłam to dopiero jednak po kilkunastu stronach. W jednej chwili podejrzanie wyglądająca książka podróżnicza bez palm i opalonych pań w bikini stała się grobowcem; porosła pajęczynami, zabobonem i kryzysem. Pewnie nie powinnam była nawet zaczynać "tak" czytać, ale stało się, rozlane mleko, interpretacyja zaprzepaszczona. Ale może i to lepiej? Może właśnie dzięki temu spadłam z wyższego poziomu nadziei i marzeń o nowym, lepszym świecie na twardą wylewkę realnej sytuacji? Dlaczego wylewka a nie bruk? Bruk jest drogi, ładny i nieco snobistyczny (podatek od kostki brukowej się nam zbliża, Panowie i Panie!), podczas gdy warstwa betonu jest przygotowaniem pod cokolwiek, co ma być od wspomnianego betonu lepsze.  Na planach parkietów i złotych posadzek się jednak zakończyło. Polne kwiaty i świerszcze przykryła płynna nowoczesność uwieczniając spazmy bólu i utraconych nadziei małych mieszkańców łąki.  Co rusz stereotypy.
Dobrze poczytać, przyznaję. Groteska bez przerysowania zawsze spoko. Alkohol, zatłoczone autobusy, warstwy grubej farby, ubóstwo i patriotyzm ryjący glebę. Bynajmniej w celu zaorania pola, aby zasiać cokolwiek.
 Dosyć mocno dotknął mnie fragment opisujący poszukiwanie zakwaterowania w Lwowie.  To chyba jedyna sytuacja, z jaką si ę spotkałam, kiedy bycie Polakiem okazuje się być "opłacalne". Coś, co u nas wydaje się być obciachem, w Lwowie traktowane jest jako niezawodny wabik na turystów, którzy szukają historii Polski w tym, co stracone. I proszę bardzo! Kolejny stereotyp Polaków, jako ludzi wiecznie smutnych, żyjących przeszłością i tym, co stracone, ale z drugiej strony czczący 604 rocznicę bitwy pod Grunwaldem.
Mogłabym tak jeszcze długo pisać, ale nie wiem, czy ma to jakikolwiek sens. Każde kolejne słowo z jednej strony boli, a z drugiej daje uświadomienie, nadzieję. Dobrze postawiona diagnoza jest pierwszym krokiem do efektywnego leczenia. Jednakże jakie są szanse w walce z złośliwym, który dał już przerzuty poza jeden organizm???
Książkę tą czyta się na prawdę dobrze, i z pewnością warto po nią sięgnąć. Nie wiem jednak, czy dobrym pomysłem jest branie jej na wakacyjny urlop. Po co psuć sobie humor, zatruwać głowę natłokiem myśli i zmuszać się do masochistycznego samobiczowania chodząc od Lwowa do Krakowa by podziwiać to, co było, bo nie zdaje się już tu być nic nowego i wartego uwagi? Przeczytaj koniecznie, ale ostrożnie. Upewnij się, że masz przy sobie np. imipraminy, fenelzynę, Stimulaton, tyraminę, fluoksetynę bądź bupropion.
"Przyjdzie Mordor..." to bardzo bolesne rozliczenie się z  realiami wschodu. Mówi się, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", ale z drugiej strony ta słodziachna książeczka stara się krzyczeć, że wcale nie ma za czym płakać, za to jest nad czym płakać. Z drugiej jednak strony, to krytyka młodości i chęci przeżycia przygody, Polaków i ich ego, "zmian niekoniecznie na lepsze" i sytuacji, w której jedyne, co pozostaje to powiedzieć: "Pier... to, biegnij!"

----------------------------------------
Pih "Biegnij, nie oglądaj się (Pier... to! biegnij)"