sobota, 12 lipca 2014

“Czarny anioł” Graham Masterton

Na samym wstępnie, pragnę lojalnie uprzedzić, że dostanie tej książki nowej jest absolutnie neiwykonalne. Wiem z autopsji. Podejrzewam, że mój nr telefonu pewnie znalazł się na czarnych listach wszelkich księgani do których dzwoniłam po milion razy, by ową książkę zakupić. Bezskutecznie.
Jeden jedyny znany mi egzemplarz znajduje się w bibliotece publicznej w mojej miejscowości. I właśnie stamtąd przyniosłam go do domu, gdzie poraz kolejny powierzyłam czas pany Mastertonowi.

Masterton to bestyja dosyć znana. Jego nazwisko przewija się nieustannie I po mimo, że nie jest ono bardziej “królewskie”, to ciągle kusi. W księgarniach można znaleźć wiele jego książek. Niestety, przeważnie najłatwiej dostać te, które są moim skromnym zdaniem najgorsze. Łatwo więc wywnioskować, że uważam “Czarnego anioła” za stanowczo najlepszą książkę Mastertona.

Ciężkio pisać horrory tak, ażeby nikt się nie przyczepił. Przepis na horror, którego nadużywają autorzy: dziwne morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, spektakularne, bezprecedensowe, kobieta wiodąca szczęśliwe rodzinne życie, posiada dziecko, które to zaczyna zachowywać się dziwnie, ale ona zwala wszytsko na “taki wiek”, wariuje jej pies/kot, który wyczuwa zbliżające się zagrożenie, kobieta zostaje wciągnięta w całą radosną akcję bo jest z policji/straży/lokalnej gazety, cudem ucieka przed śmiercią, rozgryza zagadkę, dopada mordercę, unieszkodliwia go I haap-enduje. I jak tu cżłowiek ma się nie zdenerwować po raz tysięczny czytając niemalże ten sam scenariusz, który tam samo jak p”powieści” Nory R. różnią się jedynie imieniem głównej bohaterki? Ciężko napisać coś oryginalnego. Szczególnie w tych czasach, kiedy to przemoc jest po prostu modna. Widzimy ją wszędzie, przemyconą pod różną postacią, notorycznie aktualną, piękną, starszną, głęboką I kompletnie nieuzasadnioną. I to chyba właśnie to, co czytelników tego autora I jego podobnych pociąga najbardziej. Im więcej gore, tym lepiej dla książki, możnaby rzec. Masterton nie ucieka od tego schematu. Wręcz przeciwnie, w “Czarnym aniele” czytelnik po prostu chce, ażeby wsyztsko rozegrało się “tak jak zawsze”. Ta ścieżka jest bardzo wygodna I jakkolwiek zabiera wiele radości z czytania książki to przecież wszyscy wiemy, że na końcu I tak dobro musi zwyciężyć. Niestety.
Co więc jest tak strasznie dobrego w “Czarnym aniele”, skoro nie łamie schematu? Po pierwsze to właśnie, że go zachowuje. Uważam, że jest to całkiem zgrabnie uciułany przez wielu pisarzy scenariusz, który się sprawdza. Póki co wszelkie próby odejścia od niego nie wychodziły zbyt dobrze. Po drugie, Masterton umie zadawać ból swoim bohaterom. Czytelnik chce mięcha, fruwających jelit, tryskającej krwi, łamanych kości... Wszystkie te potrzeby są zaspokajane. Byłam pod ogromnym wrażeniem pomysłu na “uśmiercenie” całej rodzinki, teoretycznie bez brudzenia sobie rąk. Co więcej, opis tego, co się dzieje jest wyczerpujący. Nie jest długi, absolutnie! Ale wszelkigo rodzaju pytania rodzące się w głowie czytelnika natychmiast trafiają na odpowiedzi w tekście.
Ciekawe czy to samo każe zrobić jej?
Czy kolejne uderzenia młotka w gwóźdź są tak samo bolesne?
Ciekawe co on na to?
Przerażające, jak dobrze autor był w stanie wyczuć to, co akurat będzie siedzieć w głowie czytelnika jego tekstu.
Niestety, finał został doszczętnie zniszczony. Masteron całkowicie odpuścił I poszedł na łatwiznę. Chrześcijańska wizja demona jako wiecznie przeczącego najzwyczajniej w świecie się nie sprawdziła, obdarła finał z możliwości przemycenia czegoś więcej niż dobrze nam znanej moralności. Zero wysiłku, brak pomysłu. No I dodatkowo udało mu się świetnie obrazić własnych bohaterów, któzy z jednej strony grali ze sobą w kotka I myszkę, prześcigali się I kombinowali jak mogli, aby po drodze wyciąć orła na skórce od banana. Możliwe, że był to zabieg celowy, który miał na celu wskazać naiwność człowieka, jego chęć łatwego odniesienia sukcesu itp. W tym wypadku jednak się nie udało, zajechało kiczem I sesją. Masterton nie może się odciąć od chrześcijaństwa. Przemyca je w różnoraki sposób: od kamiennej Matki Boskiej spadającej na głowę poprzez plagę pustoszącą zboże, odcinając ludzi od chleba powszedniego. Długo myślałam, że po prostu jakoś tak wyszło, ale przypominałam sobie, że Masteron jest zbyt znany, by bawić się w kogokolwiek wyżejlotnego, bardziej ambitnego, trafiającego tylko do wybranej grupy. Jego twórczość przez to jest upospolicona I dopasowana do moralności znanej nam z ambony, ażeby łatwiej było ogarnąć o co właściwie chodzi.
Nie podoba mi się to, tego raczej nie muszę pisać. Szukam w horrorach czegoś więcej. Kruczki, kruki I krukasy a nie złota taca. Pewnie dlatego nie podoba mi się King. Jest we mnie troszkę literackiego hipsterstwa. Nie będę czytać tego, co czytają wszyscy. Jakoś nie wydaje mi się, żeby moje ukochane książki należały do popularnych utworów...

Podsumowując, moje krótkie rozważania, chciałabym polecić Masterona. Nie tylko “Czarnego anioła”, chociaż od niego najlepiej zacząć, gdyż sprawia najwięcej hmmmm.. przyjemności ;)
Jeśli jednak komuś znudziły się szablony w horrorach I uważa, że za mało w nich gore, z pewnością powinien sięgnąć po Mastertona. Nie jest to obietnica literackiego uniesienia, ale chociaż odniesienia. Odniesienia na półkę w swoim domu kolejnej dobrej książki, do której będzie się wracać jeszcze nie raz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz