wtorek, 25 marca 2014

Grzegorz Gajek "Moja na zawsze- nowela przedziwna o miłości silniejszej niż śmierć"

W pierwotnym planie miałam najpierw skrobnąć recenzję całościową tego najsłodziachnowatowańszuściowatowaśniejszuśnego zbiorku pt. "Bizarro bazar", ale postanowiłam owy pomysł troszkę zmodyfikować. Nakłoniło mnie do tego tytułowe opowiadanie tejże notki.
Ukryte gdzieś przy końcu wspomnianej książki czekało na mnie! Moja ziemia obiecana! Powód boleści brzucha i nieprzyzwoicie szerokich uśmiechów rozdawanych otoczeniu, wydawać by się mogło, bez powodu.
Nad tytułem zapisanym charakterystyczną dla tomiku czcionką, widnieje autograf autora, który właścicielowi książki udało się jakoś zdobyć. Pismo autora wzbudziło we mnie zaskoczenie. Zbyt ładne i grzeczne. No i jeszcze ten tytuł... Nie wiedziałam do końca czego się spodziewać. Miałam nadzieję, że to nie kolejne idiotyczne romansidło z gatunku tych, które zalegają u mnie w domu naprzynoszone przez moja mamę. Szybko otrząsnęłam się jednak po przeczytaniu pierwszego zdania, a kąciki moich ust zwalczyły szybko grawitację.
Opowiadające opowiadanko opowiadając opowiada opowiadająco o panu, który uciął sobie nogę. :D
A tak dokładniej, to narrator opowiada jak to zrobił. Narracja pierwszoosobowa przy samookaleczaniu: zawsze spoko! Ale oczywiście, nie każde ryczenie nastolaty na pseudoblogu o tym jak to się cięła łyżeczką az do przecięcia naskórka jest fajne. Autor jednak użył mowy potoczej i szerokorozumianych wulgaryzmów. Tekst przypomina raczej jedną z ostro przerysowanych opowieści w czasie mocno zakrapianej imprezy. Jednak na ta bajeczkę, ciężko będzie wyrwać jakąkolwiek dzierlatkę (chociaż po przeczytaniu tego tekstu, niezwłocznie skontaktowałam sie z właścicielem książki by oznajmić mu, że "nosz kurna znowu!?" się zakochałam). Bardzo spodobało mi sie odwołanie do "Prusa" oraz rozwiązanie problemu scen pozornie niemożliwych (mówiąca, czy trzymająca coś noga). Świadczy to tylko i wyłącznie o tym jak bardzo popieprzony jest autor. W całości tekstu nie ma ani jednego zbędnego zdania. Każde kolejne pełni jakąś funkcję, która dopieszcza niemiłosiernie niegrzecznie i powoduje, że chce się czytać więcej. Każde kolejne zdanie jest kolejnym ugryzieniem, zatopieniem kłów w spasionym dupsku milionera: może wydawać się dziwne, ryzykowne i nieprzyjemne, ale za to jakie zabawne.
Chciałabym napisać, że jedyną wadą tego opowiadania jest to, iż jest zbyt krótkie, ale niestety, nie mogę. Stało sie tak dlatego, że opowiadanie to świetnie wpisuje się w regułę, którą autor zamieścił na końcu. Bizarro trzymające się reguł. Fascynujące.
Polecam ciepluśko! I nie ważne, czy ktoś potraktuje to jako opowiadanie jako instrukcje obługi piły mechanicznej, wzruszającą historie miłosną z happy-endem, czy zapis wewnętrznego monologu barowego bywalca, z pewnością wam sie spodoba! A ja już wiem z jakim tekstem pójdę na kolejny konkurs recytatorski...

czwartek, 20 marca 2014

"Horror show" Łukasz Orbitowski

 Studia to taki paskudny czas w zyciu każdego studenta, kiedy czyta sie to, co trzeba a nie to, na co ma sie akurat ochotę. Udało mi sie jednak znaleść troszkę czasu na pewien "horror realistyczny", jak to zgrabnie ujęto na okładce. Czas do tego również przesiąknięty był podobna atmosferą... Za czytanie wziełam sie pilnując uczniów piszących próbny egzamin gimnazjalny.
Na samym początku pragnę zwrócic uwagę na cos, co w czasie lektury doprowadziło mnie do niemalże furii: brak kilku stron, i to w stanowczo najfajniejszych momentach. Kilka z nich, w samym środku akcji jest po prostu pustych. I nie, nie jest to celowy zabieg. Udało mi sie szybko uzupełnić wiedzę z przerażającej bieli za pomocą chomikuj.pl (wybaczcie mi, błagam...) i przyjemność czytania wróciła. Książeczka sama w sobie nie pociąga wygladem, ale ja wiem, że takie skromnie wyglądające i zaniedbane egzemplarze przewaznie kryją w sobie wyjątkowo dużo dobrego. Tym razem było podobnie.
Giełdziarz to mieszkaniec Krakówka, który stara się wybić. Robi to jednak bez uzycia duplomow i znajomości, ale poprzez paserstwo. Nie tylko jemu przyświeca ten w tym trudnym, pełnym przeciwności świecie. Ludzie, którzy go otaczają, to przewaznie równi mu pod wzgledem statusu pechowcy, albo po ostu ludzi, którym zabrakło czegoś, aby odnieść sukces. Smuci nie tlyko ubogośc świata przedstawionego i to, jak mało wiemy o bohaterach. Na początku myślałam,że to celowe, aby każdy mógł poczuc sie bohaterem, ale szybko odpuściłam. Profile psychologiczne? Użycie tego okreslenia w kontekście "Horror show" to mocne nadużycie. Żadna z postaci nie powala. Wszytsko grzecznie układa się w całośc. Potrzymane ciągi przyczynowo-skutkowe i widać przemyslenie pewnych kwestii przez autora, ale jak dla mnie ta historia od samego początku została skazana na taki obrót spraw, co bardzo mnie wkurzyło. Nikt nie miał absolutnie żadnego wyboru. Wszystko toczyło sie według niebywale przewidywalnego scenariusza. Niby przeciętnie inteligentni bohaterowie, a okazuje się, że potrafią wybrać zawsze mniejsze zło... Tak, jakby ten incydent miałby byc ich wielkim, a może i nawet pierwszym, prawdziwym sukcesem. Marne pocieszenie dla ledwo skleconej rodziny dręczonej alkoholem i bezrobociem.
Sam pomysł na horror nieszablonowy, ale nie wykorzystano potencjału, jaki ze soba niósł. Świat przedstawiony w powieści jest niebywale i bolesnie realistyczny i przerażający w swojej (naszej!) bezkompromisowej i demonicznej rzeczywistości. Świat towarów niepewnego pochodzenia, paserstwa, policyjnych nalotów i bezrobocia. Świat bardzo bliski smutnemu wizerunkowi Krakowa na jaki zapracował sobie przez ostatnie lata. Ma to jednak swoja ogromna zaletę... Jako osoba, która dosyć dużo czasu spędza w tym mieście, dobrze orientuję się gdzie które zdarzenie mogło miec miejsce, jak dana scena mogłaby wygladać. Ale to przywilej tylko osób znających to miasto. Co więcej, mój grzeczny, studencki umysł skażony został masą informacji o brudnych miejscach, koło których przejeżdżam codziennie, o których nie wiedziałam, i raczej wiedzieć powinnam. Bronowice już chyba nigdy nie będą mi sie kojarzyc z pewnym znanym dramatem, a zostaną juz na zawsze skojarzone z dramatem staruszka i jego rudego kota.
Pomysł na historię bardzo mi sie spodobał, aczkolwiek motyw układanki, którą znajduje główny bohater wydaje mi sie byc marną próbą przekazania czegoś jako problemu skomplikowanego i wymagającego. Równie dobrze mógł to być przeklęty tupecik czy po prostu wspomniany, demoniczny czworonóg... Ale puzzle? Może od razu kluczyk do szkatułeczki z odpowiedziami na wszystkie problemy tego świata?
Jak dla mnie, ksiażki tej nie da sie nie lubić. Może i nie powala z nóg, nie błaga o film, serial i wpisanie do kanonu lektur szkolnych, ale coś w niej jest. Raz na zawsze czaruje pewne zakątki nie tlyko Krakowa, ale i świadomości; tego, jak postrzegamy miasto. Odwraca uwagę od Sukiennic i Krupniczej, kieruje ją w stronę demonicznego Krakowa. Nawiedzonego przez duchy tych, którym się nie udało. Polecam, ale nie przesadnie. Po prostu warto sięgnąć.







wtorek, 4 marca 2014

Na dobry początek i rozruszanie kości: "Sukkub" Edward Lee


Mój mały światek postanowił bujać się jak dupsko tancerki umilającej czas facetom dręczonym kryzysem wieku średniego. Jedna noc spędzona na „Dowodzie rzeczowym nr 1″ i sześciu puszkach energetyków zadziałała dobrze. Ale tym razem wieczorny czas pełen weneckich luster, puszek pandory oraz szatańskich wersetów ukoronowanych śniadaniem mistrzów przyniósł nie tylko smutek i zagubienie. Tym razem zdażyłam poczytać sobie chociaż troszkę…
A to, co przeczytałam ostatnio spodobało mi się tak bardzo, że jestem winna autorowi, Edwardowi Lee skromna recenzję książki "Sukkub", która umiliła mi ten czas.
Zostałam namówiona do lektury w zakazanym czasie (pierwsza sesja!). Przeciwieństwa potrafią nieźle człowieka podniecić, ale stan, w jaki wprowadził mnie Edward Lee w swojej książce „Sukkub” był czymś większym i głębszym. Prawdziwym orgazmem literackim. A moje wyobraźnia, puszczona na pastwisko pełne czterolistnych, krwawych koniczynek hasała sobie słodko pierdząc laserem (kopirajt by Wład), bo wymiotowanie efektem przepuszczenia wiązki światła przez pryzmat już dawno wyszło z mody.
Sukkub potrafi zachwycić. Niestety, nie pomysłem. Albo to po prostu mój zużyty pod tym wzgledem umysł i za dużo książek tego typu, które dalej powracają nocami, przynosząc delikatny uśmieszek. Standard. Kobieta sukcesu, spełniająca się w zawodzie, mająca kochającego partnera i problemy z w jakimś sensie wybitnym dzieckiem dostaje "znaki", które uparcie ignoruje. Czytałam takich książek już tony. Śmie nawet stwierdzić, że to właśnie powód, dla którego powoli odsunełam sie od gatunku. Z jednej strony dobrze wiedziałam, co stanie się już zaraz, na nastepnej stronie, z drugiej strony nie mogłam znaleść nowego autora, który by mi sie psodobał, bo moi faworyci z gatunku zaczęli nadużywać crtl+c i ctrl+v. Wiem, że nie powinnam wymagać wiele od autorów, skoro delikatnie mówiąc, połykam książki i trudno mnie zaskoczyć, ale na miłość nie-boską! Ileż jeszcze będę czytać książek, których streszczenia nie dają sie od siebie odróżnić...?
Wracając do akcji: wszystko wydaje sie być supcio, pięknie, ładnie i kolorowo, ale tak na prawdę  zmierzamy do wielkiej, krwawej jatki uhoronowanej fruwającymi flaczkami, chlebem macicznym i kotłami, w których cichutko bulgota sobie krew dziewic.
To prawda, że pierwsze zdanie, jakie czytamy przyspiesza puls i sprawia, że kąciki ust wdają się w ostry konflikt z grawitacją. Ale to nie to. Wątek z samego początku zanika prawie całkowicie tylko po to, by pojawić się na samym końcu. Jakkolwiek doceniam wymyślne pomysły na tortury i ciekawe koncepty na zadawanie bólu, to jednak uważam, że Masterton bez robienia takich wstępów uzyskuje o wiele lepszy efekt. Jego „Czarny Anioł” bezwstydnie okupuje literacki tron mojego serca. I nie kaleczy w sposób tak perfidny wiedzy dotyczącej cywilizacji przedfejsbuczkowych.
Kaleczenie mitologii… Żeby z czystym sumieniem przeczytać Sukkuba należy wyrzucić ze swojej pamięci absolutnie wszytsko, co wie się o zaginionych cywilizacjach, mitologii itp. Język, jaki został wykreowany to nie to, co zrobił Tolkien. Jak zawsze, iście kawaistyczne zakochanie w językach, w których każde słowo brzmi jak rozkaz rozstrzelania. Tym razem jednak uproszczone, okiełznane i wygładzone tak, aby z czystym sumieniem móc krzyczeć te słówka w wyobraźni bez większej kontuzji wyimaginowanego języka. Dopiero na bazie absolutnej niewiedzy, można zbudowac ubogi świat przedstawiony Sukkuba. Bezlitośnie przewidywalny. Absolutnie niezaskakujący. Ale nie nudny!
Postaci wykreowane przez autora tak samo nie dziwią. Jak zawsze, grzeczna i spełniająca się kobieta, przeklęta w swoich stronach odnajduje miłość życia, ale z powodu poświęcenia sie pracy zaniedbuje dzieci, które mają jej tak wiele do powiedzenia. Czyliżby antyfeministyczne „kobieto, wracaj do kuchni, bo ci łańcuch przykrócę?” Nie ważne. Ważna natomiast jest postać matki Ann. Ona i wszyscy mieszkańcy rodzinnej miejscowości bohaterki. Demoniczni, ale i niebywale przewidywalni. Zalatuje od nich siarką już od samej wizyty Ann u swojego terapeuty. Jedynym powodem, dla którego głos zdrowego rozsądku wrzeszczący jak zbyt zaangażowany widz w kinie wrzeszcvzący "nie idź tam!" pozostaje w tle, to cheć "dowalenia sobie". Ludzie już tak maja, musza sobie dać pokutę lub dwie. Ewentualnie piętnaście.
Na uwagę zasługują też zbiegowie szpitala psychiatrycznego. Wyjątkowo spodobały mi sie ich rozmowy między sobą oraz ich bardzo specyficzna relacja, która pomimo oczywistych obustronnych profitów zawiera w sobie rozdarcie psychiczne bohaterów pomiędzy wieloma sposobami śmierci, jakie możnaby zadać towarzyszowi, gdy ten przestanie byc potrzebny.
Jak już wspomniałam, wiele z pomysłów autora (bądź tych zapożyczonych) jest wspaniałych, ale cała fascynacja lekturą urywa się. W momencie połączenia się obydwu wątków (ucieczka ze szpitala i wydarzenia z Lockwood) coś nie zagrało. Oba trybiki, które osobno działały bardzo sprawnie w połączeniu wydają się szwankować. Ich połączenie wydaje się być wymuszone. Troszkę tak, jakby wspomniani pacjenci psychiatryka wciśnięci byli tylko po to, by swoimi bestialstwami nadrobić to, czego brakuje w życiu codziennym Ann. Gdzieś przecież trzebabyło upchnać fruwające flaczki i brutalne penetracje... Niestety, prawniczki, aczkolwiek pytskate, wygadane i pomysłowe z reguły nie gwałcą napotkanych ludzi mordując ich w tak efektowny sposób, jak robili to wspomniani już uciekinierzy.
Zakończenie „Sukkuba” jak już pisałam, nie zadziwia. Wymuszone. Troszkę tak, jakby autor potrzebował zakończyć jak najszybciej, bo gruby pan w ciemnych okularach domaga się mięcha, a jak sie spóźni z terminem, to nie dostaje pieniążków. Tak bardzo żal…
To mój najwiekszy zarzut, jaki mam do autora. Cudnie budowana atmosfera pęka niczym bańka mydlana. "Pies ci zdechł, ale możesz go zatrzymać."
Język, z jakim pisze autor odpowiada mi, aczkolwiek brak mu polotu. Miejscami możnaby lepiej opisać pewne hm.. specjalne wydarzenia. Jednak wystarczy to, by poruszyć najbardziej zboczoną wyobraźnię. Tak jak w przypadku innych tego typu książek, co jakiś czas trzeba pauzować, bo wyobraźnia molestowana mnogością krwi i bólu galopuje zbyt szybko, by delikatne serducho mogło nadążyć. Pomimo to, jednak Sukkub jest w czołówce i nie wróżę mu detronizacji. Nawet jeśli wyjdzie coś lepszego, brutalniejszego, pisanego z większą finezją, to Sukkub z wielu względów zostanie w moim sercu. A do szabolonowości juz chyba przywykłam. A może po prostu jestem szalona? Właściwie… Wcale nie zaprzeczę…

Przedpoczątek


I oto nadeszła ta chwila. 

Ziściły się moje plany założenia nieco bardziej profesjonalnego bloga, bez gówniarskich, pseudoegzystencjalnych notek o niczym. Tak przynajmniej planuję, gdyż blog ten będzie przede wszystkim miejscem do komentowania i recenzowania przetrawionych przeze mnie książek. Może z czasem dorzucę tu jeszcze filmy i muzykę. Zobaczymy.
Cieszę się, że wkońcu zdobyłam się na realizację tego pomysłu, który pewnie zapuścił już pokaźną brodę czekając na swoją kolej na mojej "to-do" liście.
Na samym początku skrobnę jadnak kilka słów o sobie, cobyś Ewentualny Czytelniku miał jakie takie pojęcie, czego możesz się tu spodziewać. Mam jednak cichą nadzieję, że będę zaskakiwać. Lubię to robić.
Mam na imię Karolina, ale wołają na mnie Felis. Mam 19 lat. Obecnie jestem studentką psychologii na uniwersytecie Jagiellońskim i dodatkowo kształcę się jeszcze w kilku innych kierunkach. Zdiagnozowano 
u mnie idealizm i romantyzm. w wolnych chwilach czytam, rysuję, oglądam anime, słucham muzyki i nerdzę.
Czytam dużo przeróżnych rzeczy. Od podręczników, poprzez tomiki poezji, przewodniki turystyczne 
i poradniki po horrory i bizarro. Podejrzewam, że tych ostatnich będzie tu najwięcej.
Chciałabym też bardzo serdecznie podziękować pewnej osobie, która miała ogromny wpływ na mnie 
i dzięki której zdecydowałam się jednak zacząć pisać tego bloga. 
Moje podziękowania powinny trafić też do Wojtka(!), Mateusza, Patryka i Michała. Za wspieranie mnie. Każdy na swój własny, specyficzny sposób.