wtorek, 4 marca 2014

Na dobry początek i rozruszanie kości: "Sukkub" Edward Lee


Mój mały światek postanowił bujać się jak dupsko tancerki umilającej czas facetom dręczonym kryzysem wieku średniego. Jedna noc spędzona na „Dowodzie rzeczowym nr 1″ i sześciu puszkach energetyków zadziałała dobrze. Ale tym razem wieczorny czas pełen weneckich luster, puszek pandory oraz szatańskich wersetów ukoronowanych śniadaniem mistrzów przyniósł nie tylko smutek i zagubienie. Tym razem zdażyłam poczytać sobie chociaż troszkę…
A to, co przeczytałam ostatnio spodobało mi się tak bardzo, że jestem winna autorowi, Edwardowi Lee skromna recenzję książki "Sukkub", która umiliła mi ten czas.
Zostałam namówiona do lektury w zakazanym czasie (pierwsza sesja!). Przeciwieństwa potrafią nieźle człowieka podniecić, ale stan, w jaki wprowadził mnie Edward Lee w swojej książce „Sukkub” był czymś większym i głębszym. Prawdziwym orgazmem literackim. A moje wyobraźnia, puszczona na pastwisko pełne czterolistnych, krwawych koniczynek hasała sobie słodko pierdząc laserem (kopirajt by Wład), bo wymiotowanie efektem przepuszczenia wiązki światła przez pryzmat już dawno wyszło z mody.
Sukkub potrafi zachwycić. Niestety, nie pomysłem. Albo to po prostu mój zużyty pod tym wzgledem umysł i za dużo książek tego typu, które dalej powracają nocami, przynosząc delikatny uśmieszek. Standard. Kobieta sukcesu, spełniająca się w zawodzie, mająca kochającego partnera i problemy z w jakimś sensie wybitnym dzieckiem dostaje "znaki", które uparcie ignoruje. Czytałam takich książek już tony. Śmie nawet stwierdzić, że to właśnie powód, dla którego powoli odsunełam sie od gatunku. Z jednej strony dobrze wiedziałam, co stanie się już zaraz, na nastepnej stronie, z drugiej strony nie mogłam znaleść nowego autora, który by mi sie psodobał, bo moi faworyci z gatunku zaczęli nadużywać crtl+c i ctrl+v. Wiem, że nie powinnam wymagać wiele od autorów, skoro delikatnie mówiąc, połykam książki i trudno mnie zaskoczyć, ale na miłość nie-boską! Ileż jeszcze będę czytać książek, których streszczenia nie dają sie od siebie odróżnić...?
Wracając do akcji: wszystko wydaje sie być supcio, pięknie, ładnie i kolorowo, ale tak na prawdę  zmierzamy do wielkiej, krwawej jatki uhoronowanej fruwającymi flaczkami, chlebem macicznym i kotłami, w których cichutko bulgota sobie krew dziewic.
To prawda, że pierwsze zdanie, jakie czytamy przyspiesza puls i sprawia, że kąciki ust wdają się w ostry konflikt z grawitacją. Ale to nie to. Wątek z samego początku zanika prawie całkowicie tylko po to, by pojawić się na samym końcu. Jakkolwiek doceniam wymyślne pomysły na tortury i ciekawe koncepty na zadawanie bólu, to jednak uważam, że Masterton bez robienia takich wstępów uzyskuje o wiele lepszy efekt. Jego „Czarny Anioł” bezwstydnie okupuje literacki tron mojego serca. I nie kaleczy w sposób tak perfidny wiedzy dotyczącej cywilizacji przedfejsbuczkowych.
Kaleczenie mitologii… Żeby z czystym sumieniem przeczytać Sukkuba należy wyrzucić ze swojej pamięci absolutnie wszytsko, co wie się o zaginionych cywilizacjach, mitologii itp. Język, jaki został wykreowany to nie to, co zrobił Tolkien. Jak zawsze, iście kawaistyczne zakochanie w językach, w których każde słowo brzmi jak rozkaz rozstrzelania. Tym razem jednak uproszczone, okiełznane i wygładzone tak, aby z czystym sumieniem móc krzyczeć te słówka w wyobraźni bez większej kontuzji wyimaginowanego języka. Dopiero na bazie absolutnej niewiedzy, można zbudowac ubogi świat przedstawiony Sukkuba. Bezlitośnie przewidywalny. Absolutnie niezaskakujący. Ale nie nudny!
Postaci wykreowane przez autora tak samo nie dziwią. Jak zawsze, grzeczna i spełniająca się kobieta, przeklęta w swoich stronach odnajduje miłość życia, ale z powodu poświęcenia sie pracy zaniedbuje dzieci, które mają jej tak wiele do powiedzenia. Czyliżby antyfeministyczne „kobieto, wracaj do kuchni, bo ci łańcuch przykrócę?” Nie ważne. Ważna natomiast jest postać matki Ann. Ona i wszyscy mieszkańcy rodzinnej miejscowości bohaterki. Demoniczni, ale i niebywale przewidywalni. Zalatuje od nich siarką już od samej wizyty Ann u swojego terapeuty. Jedynym powodem, dla którego głos zdrowego rozsądku wrzeszczący jak zbyt zaangażowany widz w kinie wrzeszcvzący "nie idź tam!" pozostaje w tle, to cheć "dowalenia sobie". Ludzie już tak maja, musza sobie dać pokutę lub dwie. Ewentualnie piętnaście.
Na uwagę zasługują też zbiegowie szpitala psychiatrycznego. Wyjątkowo spodobały mi sie ich rozmowy między sobą oraz ich bardzo specyficzna relacja, która pomimo oczywistych obustronnych profitów zawiera w sobie rozdarcie psychiczne bohaterów pomiędzy wieloma sposobami śmierci, jakie możnaby zadać towarzyszowi, gdy ten przestanie byc potrzebny.
Jak już wspomniałam, wiele z pomysłów autora (bądź tych zapożyczonych) jest wspaniałych, ale cała fascynacja lekturą urywa się. W momencie połączenia się obydwu wątków (ucieczka ze szpitala i wydarzenia z Lockwood) coś nie zagrało. Oba trybiki, które osobno działały bardzo sprawnie w połączeniu wydają się szwankować. Ich połączenie wydaje się być wymuszone. Troszkę tak, jakby wspomniani pacjenci psychiatryka wciśnięci byli tylko po to, by swoimi bestialstwami nadrobić to, czego brakuje w życiu codziennym Ann. Gdzieś przecież trzebabyło upchnać fruwające flaczki i brutalne penetracje... Niestety, prawniczki, aczkolwiek pytskate, wygadane i pomysłowe z reguły nie gwałcą napotkanych ludzi mordując ich w tak efektowny sposób, jak robili to wspomniani już uciekinierzy.
Zakończenie „Sukkuba” jak już pisałam, nie zadziwia. Wymuszone. Troszkę tak, jakby autor potrzebował zakończyć jak najszybciej, bo gruby pan w ciemnych okularach domaga się mięcha, a jak sie spóźni z terminem, to nie dostaje pieniążków. Tak bardzo żal…
To mój najwiekszy zarzut, jaki mam do autora. Cudnie budowana atmosfera pęka niczym bańka mydlana. "Pies ci zdechł, ale możesz go zatrzymać."
Język, z jakim pisze autor odpowiada mi, aczkolwiek brak mu polotu. Miejscami możnaby lepiej opisać pewne hm.. specjalne wydarzenia. Jednak wystarczy to, by poruszyć najbardziej zboczoną wyobraźnię. Tak jak w przypadku innych tego typu książek, co jakiś czas trzeba pauzować, bo wyobraźnia molestowana mnogością krwi i bólu galopuje zbyt szybko, by delikatne serducho mogło nadążyć. Pomimo to, jednak Sukkub jest w czołówce i nie wróżę mu detronizacji. Nawet jeśli wyjdzie coś lepszego, brutalniejszego, pisanego z większą finezją, to Sukkub z wielu względów zostanie w moim sercu. A do szabolonowości juz chyba przywykłam. A może po prostu jestem szalona? Właściwie… Wcale nie zaprzeczę…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz