sobota, 12 lipca 2014

“Czarny anioł” Graham Masterton

Na samym wstępnie, pragnę lojalnie uprzedzić, że dostanie tej książki nowej jest absolutnie neiwykonalne. Wiem z autopsji. Podejrzewam, że mój nr telefonu pewnie znalazł się na czarnych listach wszelkich księgani do których dzwoniłam po milion razy, by ową książkę zakupić. Bezskutecznie.
Jeden jedyny znany mi egzemplarz znajduje się w bibliotece publicznej w mojej miejscowości. I właśnie stamtąd przyniosłam go do domu, gdzie poraz kolejny powierzyłam czas pany Mastertonowi.

Masterton to bestyja dosyć znana. Jego nazwisko przewija się nieustannie I po mimo, że nie jest ono bardziej “królewskie”, to ciągle kusi. W księgarniach można znaleźć wiele jego książek. Niestety, przeważnie najłatwiej dostać te, które są moim skromnym zdaniem najgorsze. Łatwo więc wywnioskować, że uważam “Czarnego anioła” za stanowczo najlepszą książkę Mastertona.

Ciężkio pisać horrory tak, ażeby nikt się nie przyczepił. Przepis na horror, którego nadużywają autorzy: dziwne morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, spektakularne, bezprecedensowe, kobieta wiodąca szczęśliwe rodzinne życie, posiada dziecko, które to zaczyna zachowywać się dziwnie, ale ona zwala wszytsko na “taki wiek”, wariuje jej pies/kot, który wyczuwa zbliżające się zagrożenie, kobieta zostaje wciągnięta w całą radosną akcję bo jest z policji/straży/lokalnej gazety, cudem ucieka przed śmiercią, rozgryza zagadkę, dopada mordercę, unieszkodliwia go I haap-enduje. I jak tu cżłowiek ma się nie zdenerwować po raz tysięczny czytając niemalże ten sam scenariusz, który tam samo jak p”powieści” Nory R. różnią się jedynie imieniem głównej bohaterki? Ciężko napisać coś oryginalnego. Szczególnie w tych czasach, kiedy to przemoc jest po prostu modna. Widzimy ją wszędzie, przemyconą pod różną postacią, notorycznie aktualną, piękną, starszną, głęboką I kompletnie nieuzasadnioną. I to chyba właśnie to, co czytelników tego autora I jego podobnych pociąga najbardziej. Im więcej gore, tym lepiej dla książki, możnaby rzec. Masterton nie ucieka od tego schematu. Wręcz przeciwnie, w “Czarnym aniele” czytelnik po prostu chce, ażeby wsyztsko rozegrało się “tak jak zawsze”. Ta ścieżka jest bardzo wygodna I jakkolwiek zabiera wiele radości z czytania książki to przecież wszyscy wiemy, że na końcu I tak dobro musi zwyciężyć. Niestety.
Co więc jest tak strasznie dobrego w “Czarnym aniele”, skoro nie łamie schematu? Po pierwsze to właśnie, że go zachowuje. Uważam, że jest to całkiem zgrabnie uciułany przez wielu pisarzy scenariusz, który się sprawdza. Póki co wszelkie próby odejścia od niego nie wychodziły zbyt dobrze. Po drugie, Masterton umie zadawać ból swoim bohaterom. Czytelnik chce mięcha, fruwających jelit, tryskającej krwi, łamanych kości... Wszystkie te potrzeby są zaspokajane. Byłam pod ogromnym wrażeniem pomysłu na “uśmiercenie” całej rodzinki, teoretycznie bez brudzenia sobie rąk. Co więcej, opis tego, co się dzieje jest wyczerpujący. Nie jest długi, absolutnie! Ale wszelkigo rodzaju pytania rodzące się w głowie czytelnika natychmiast trafiają na odpowiedzi w tekście.
Ciekawe czy to samo każe zrobić jej?
Czy kolejne uderzenia młotka w gwóźdź są tak samo bolesne?
Ciekawe co on na to?
Przerażające, jak dobrze autor był w stanie wyczuć to, co akurat będzie siedzieć w głowie czytelnika jego tekstu.
Niestety, finał został doszczętnie zniszczony. Masteron całkowicie odpuścił I poszedł na łatwiznę. Chrześcijańska wizja demona jako wiecznie przeczącego najzwyczajniej w świecie się nie sprawdziła, obdarła finał z możliwości przemycenia czegoś więcej niż dobrze nam znanej moralności. Zero wysiłku, brak pomysłu. No I dodatkowo udało mu się świetnie obrazić własnych bohaterów, któzy z jednej strony grali ze sobą w kotka I myszkę, prześcigali się I kombinowali jak mogli, aby po drodze wyciąć orła na skórce od banana. Możliwe, że był to zabieg celowy, który miał na celu wskazać naiwność człowieka, jego chęć łatwego odniesienia sukcesu itp. W tym wypadku jednak się nie udało, zajechało kiczem I sesją. Masterton nie może się odciąć od chrześcijaństwa. Przemyca je w różnoraki sposób: od kamiennej Matki Boskiej spadającej na głowę poprzez plagę pustoszącą zboże, odcinając ludzi od chleba powszedniego. Długo myślałam, że po prostu jakoś tak wyszło, ale przypominałam sobie, że Masteron jest zbyt znany, by bawić się w kogokolwiek wyżejlotnego, bardziej ambitnego, trafiającego tylko do wybranej grupy. Jego twórczość przez to jest upospolicona I dopasowana do moralności znanej nam z ambony, ażeby łatwiej było ogarnąć o co właściwie chodzi.
Nie podoba mi się to, tego raczej nie muszę pisać. Szukam w horrorach czegoś więcej. Kruczki, kruki I krukasy a nie złota taca. Pewnie dlatego nie podoba mi się King. Jest we mnie troszkę literackiego hipsterstwa. Nie będę czytać tego, co czytają wszyscy. Jakoś nie wydaje mi się, żeby moje ukochane książki należały do popularnych utworów...

Podsumowując, moje krótkie rozważania, chciałabym polecić Masterona. Nie tylko “Czarnego anioła”, chociaż od niego najlepiej zacząć, gdyż sprawia najwięcej hmmmm.. przyjemności ;)
Jeśli jednak komuś znudziły się szablony w horrorach I uważa, że za mało w nich gore, z pewnością powinien sięgnąć po Mastertona. Nie jest to obietnica literackiego uniesienia, ale chociaż odniesienia. Odniesienia na półkę w swoim domu kolejnej dobrej książki, do której będzie się wracać jeszcze nie raz.

czwartek, 12 czerwca 2014

"Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua

A teraz z zupełnie innej beczki!
Dużo to horrorów, bizarro i lewackich książek, którymi jestem ostatnio obsypywana, więc teraz z hukiem wchodzi "Bojowa pieśń tygrysicy"! W moim domu najwięcej jest romansideł i książek w stylu "Dziewczęta z Szanghaju", "Kwiat pustyni", "Burka miłości"... Siłą rzeczy więc bywa, że sięgam też po nie, gdy jestem juz tak zdesperowana, że czytam co popadnie. Nie zawsze wychodzi mi to na przyjemne i dobre, ale tym razem było warto...
Książka Amy Chua, chińskiej matki dwójki córek, która pragnie realizować swoje zaczerpnięte z Kraju Środka zasady w Stanach Zjednoczonych. Jak łatwo sie domyśleć, nie jest to takie proste.
Ze zmagań nadopiekuńczej, niebywale surowej i wymagającej matki z zupełnie innym sposobem wychowywania dzieci, wyszła całkiem przyjemna i lekka lektura na wakacyjny wyjazd.
Każdy z nas chciałaby odnieść w życiu sukces. W piramidzie Maslowa jest to nakreślone dosyć jednoznacznie, ale Chińczycy wydają się mieć własną piramidę potrzeb i całkowicie nie dbać o tą, która dominuje w literaturze nam znanej. Po lekturze "Bojowej pieśni tygrysicy" poraz kolejny wróciłam pamięcią do zajęć profesora L., który na "Podstawach dydatkyki" i "Pedagogice" tłukł nam do głowy jeden, jedyny dobry sposób budowania relacji z dzieckiem tak, aby osiągało sukcesy, było szczęśliwe i spełnione. Sposób niebywale skuteczny i wspaniały. Przynajmniej na zachodzie. Jak najbardziej zgadzaliśmy się z nim. Wkońcu był to standard narzucany nam przez naszą kulturę: liberalny i pełen zaufania do młodego człowieka. Zaufania związanego z powiedzeniem "rób co uważasz za słuszne, ale mamusia zrobiłaby tak...". Chuchanie i dmuchanie na dziecka, na jego zdrowie, wybory, edukację i wszystko inne, byleby być dobrym rodzicem.
A tu nagle: BAM!
Chińska mentalność, pełna surowych zasad i ogromnych wymagań stawianych najmłodszym, planowanie ich kariery juz w łóżeczku. Średniowieczne zaręczyny kolebkowe? Ustalanie zajęcia na podstawie profesji rodziców? Prawie.
Wszyscy rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Inwestują w nie czas, pieniądze, poświęcają im dużo czasu i starają się zapewnić wszystko co niezbędne, aby mogły się uczyć, rozwijać i spełniać marzenia. Niekoniecznie swoje własne... Wyjątkiem jest jednak sam proces układania i realizacji planów dzieci. W społeczeństwie zachodnim, szczególnie w USA kładzie się nacisk na indywidualność i realizację swoich własnych, zupełnie innych i niekonwencjonalnych planów. Na przykładzie tej książki widzimy, że inaczej wygląda to w rodzinach Chińskich. W ich państwie jedynym sposobem na wybicie się i odniesienie sukcesu jest bycie lepszym od innych. I to najlepiej we wszystkim! Aby to zrobić, należy jednak poświęcić jeszcze więcej, aby być w czymś wybitnym. Wiadome jest, że im wcześniej zacznie się naukę gry na instrumencie, tym lepiej. Świetnie widać to na przykładzie dwóch dziewczynek, które od przedszkola pobierały drogie nauki gry na instrumentach muzycznych.
Bardzo zaciekawiło mnie zakończenie tej książki, w którym jedna z córek zaczyna zajmowac się zupełnie czyms innym, niż było to jej pierwotnie planowane. Dziewczyna odnalazła się w tenisie i pomimo gotowości matki na kolejne poświęcenia związane z wynajęciem kortu, trenera i dobrego sprzętu, odrzuciła to i postanowiła rozegrać swoje życie po (h)amerykańsku, a druga, posłuszna woli matki i tym, do czego juz przywykła pozostała wierna sobie (sobie?).
"Jeśli myślisz, że jesteś w czymś dobry, odpal YT. Znajdzie się skośnooki, który robi to samo co ty, tylko milion razy lepiej".
Podsumowując moją krótką refleksję, chciałabym polecić tę książkę. Chociaż pewnie nie spodoba się czytelnikom mojego bloga, to warta jest, aby kupić ją mamie/siostrze/dziewczynie/narzeczonej/żonie. Niech się cieszy, a wy odetchnijcie z ulgą, bo możecie być pewni, że przeczytała coś, co nie jest kolejnym numerem kretyńskiego pisemka dla kobiet o tym jak schudnąć 15kg i zaakceptować samą siebie taką, jaką się jest.

"Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian" Ziemowit Szczerek

Czuję egzaminy. Dużo egzaminów. Czy mam specjalny narząd do ich wykrywania? Lampeczkę pod małym palcem prawej stopy? A może coś zupełnie innego? Nie. Po prostu chce mi się czytać bardziej niż zwykle. I pisać.
Mój blogowy głód dodatkowo spotęgowany został ostatnimi licznymi awariami laptopa, mojego głównego narzędzia pracy i nerdzenia (wiecie jak ciężko grać w BW na tablecie!?). Teraz jednak, po wielkim oczyszczeniu mój Lenoviak wrócił. Może i śmiga jedynie symbolicznie lepiej, ale nie jestem z tych, którzy szukają ekstra-wymówek.

Kolejna książka z darów, tym razem z urodzinowych. Hah! 20 czerwca stuknie dwudziecha! Skończy się "naście", a ja nie zrobiłam jeszcze niczego głupiego i mega nieodpowiedzialnego w życiu... No, chyba że uznamy za takie siedzenie i pisanie notek na bloga, podczas gdy NOS patrzy pożądliwie z półki ;) Wracając do tematu- książkę "Przyjdzie Modror i nas zje..." dostałam na wspomniane urodziny, jednak o wiele wcześniej.  Miałam więc wiele czasu na lekturę i przemyślenie tego i owego.  Korporacja Ha!art i jej bajeczne okładki! To pierwsze, na co należy zwrócić uwagę. Już przy "Jaszczurze" popisali się niegrzecznością, niejednoznacznością, pomysłowością i innymi ośćmi stojącymi w gardle wszystkim grzecznym czytelnikom. Kolejnym cieszącym oko detalikiem na okładce jest cena. A konkretniej, jej sformułowanie-bardzo konkretne i iście wróżebne: "24zło". Cieszy też fakt, że nie zapłaciłam za nią ani grosza ;)
A teraz może troszkę o treści.
Jeśli czytałeś kiedykolwiek Wojciechowską, albo innego Cejrowskiego, to z pewnością możesz mieć jakie-takie wyobrażenie tego, czym książka ta być może. Jednakże piękne i kolorowe pomalowane buźki afrykańskich dziewczynek w cienkich warkoczykach to nie Ukraina. I to jest właśnie szczególnym urokiem tej książki. Podczas gdy krakowskie szaraki takie jak ja, marzą o Japonii, Chinach i Madagaskarze, zjawia się turysta przeciętny, który z plecakiem wypchanym planami i wyobrażeniami pragnie przeżyć przygodę, jak na "Mężczyznę Dzikiego Serca" przystało! I wyszło z tego takie coś, co zamiast bawić i edukować, jak TVNowski program podróżniczy, rozdrapuje rany, a nawet i blizny. Edukując. Tutaj jednak edukacja ma formę rodzicielskiego klapsa; Rzeczywistość Wschodu to surowy ojciec, który karaniem pozytywnym (och! wybaczcie mi, ale nie mogłam się powstrzymać) stara się wybić z głowy gówniarzowi głupoty, ażeby nigdy nie stał się kimś takim, jak on. Książki podróżnicze mają to do siebie, że jeśli już opisują coś poza pobytem w punkcie A i B, oraz malowniczymi widokami w trasie pomiędzy (o ile takowe zasłużą w ogóle na wzmiankę!), to robią to wyjątkowo grzecznie. Tutaj natomiast rzuca nam się w oczy jeszcze mój postjaszczurowy, interpretacyjny natłok bodźców, które jedyne ujście znajdują w reakcji relacji kartka-długopis. Sam opis miejsc, w których "plecakowcy" przebywali też znacznie różni się od opisu urokliwych i pieknych wioseczek odciętych od reszty świata. Na próżno można by tu szukać zachwytu zatrzymaniem sie w czasie, jakie towarzyszy dalekim, egzotycznym wyprawom: w przypadku Wschodu zatrzymanie w czasie oznacza tyle, co dla Fausta koniec ostatniej juz księgi. Nie wiem jednak, czy podoba mi sie narracja. Tym bardziej nie wiem, co myśleć o tych wszytskich niebywale zbędnych z punktu widzenia książki podróżniczej, (ale bardzo istotnych dla kogoś, kto zamierza czytać "Przyjdzie Mordor.." jako coś zupełnie innego) dialogach. Aż ciśnie się jednak na usta pytanie, czy nie  robię źle, czytająć tę książkę w taki sposób. A ja wiem. I powiem, że robię bardzo źle pisząc o niej, jako o raporcie  z wyprawy, bo tak ogromnej antyreklamy krajów położonych za naszą wschodnią granicą szukać by można tylko u Obamy i Merkel. A to chyba nie o to chodziło autorowi... Odkryłam to dopiero jednak po kilkunastu stronach. W jednej chwili podejrzanie wyglądająca książka podróżnicza bez palm i opalonych pań w bikini stała się grobowcem; porosła pajęczynami, zabobonem i kryzysem. Pewnie nie powinnam była nawet zaczynać "tak" czytać, ale stało się, rozlane mleko, interpretacyja zaprzepaszczona. Ale może i to lepiej? Może właśnie dzięki temu spadłam z wyższego poziomu nadziei i marzeń o nowym, lepszym świecie na twardą wylewkę realnej sytuacji? Dlaczego wylewka a nie bruk? Bruk jest drogi, ładny i nieco snobistyczny (podatek od kostki brukowej się nam zbliża, Panowie i Panie!), podczas gdy warstwa betonu jest przygotowaniem pod cokolwiek, co ma być od wspomnianego betonu lepsze.  Na planach parkietów i złotych posadzek się jednak zakończyło. Polne kwiaty i świerszcze przykryła płynna nowoczesność uwieczniając spazmy bólu i utraconych nadziei małych mieszkańców łąki.  Co rusz stereotypy.
Dobrze poczytać, przyznaję. Groteska bez przerysowania zawsze spoko. Alkohol, zatłoczone autobusy, warstwy grubej farby, ubóstwo i patriotyzm ryjący glebę. Bynajmniej w celu zaorania pola, aby zasiać cokolwiek.
 Dosyć mocno dotknął mnie fragment opisujący poszukiwanie zakwaterowania w Lwowie.  To chyba jedyna sytuacja, z jaką si ę spotkałam, kiedy bycie Polakiem okazuje się być "opłacalne". Coś, co u nas wydaje się być obciachem, w Lwowie traktowane jest jako niezawodny wabik na turystów, którzy szukają historii Polski w tym, co stracone. I proszę bardzo! Kolejny stereotyp Polaków, jako ludzi wiecznie smutnych, żyjących przeszłością i tym, co stracone, ale z drugiej strony czczący 604 rocznicę bitwy pod Grunwaldem.
Mogłabym tak jeszcze długo pisać, ale nie wiem, czy ma to jakikolwiek sens. Każde kolejne słowo z jednej strony boli, a z drugiej daje uświadomienie, nadzieję. Dobrze postawiona diagnoza jest pierwszym krokiem do efektywnego leczenia. Jednakże jakie są szanse w walce z złośliwym, który dał już przerzuty poza jeden organizm???
Książkę tą czyta się na prawdę dobrze, i z pewnością warto po nią sięgnąć. Nie wiem jednak, czy dobrym pomysłem jest branie jej na wakacyjny urlop. Po co psuć sobie humor, zatruwać głowę natłokiem myśli i zmuszać się do masochistycznego samobiczowania chodząc od Lwowa do Krakowa by podziwiać to, co było, bo nie zdaje się już tu być nic nowego i wartego uwagi? Przeczytaj koniecznie, ale ostrożnie. Upewnij się, że masz przy sobie np. imipraminy, fenelzynę, Stimulaton, tyraminę, fluoksetynę bądź bupropion.
"Przyjdzie Mordor..." to bardzo bolesne rozliczenie się z  realiami wschodu. Mówi się, że "wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma", ale z drugiej strony ta słodziachna książeczka stara się krzyczeć, że wcale nie ma za czym płakać, za to jest nad czym płakać. Z drugiej jednak strony, to krytyka młodości i chęci przeżycia przygody, Polaków i ich ego, "zmian niekoniecznie na lepsze" i sytuacji, w której jedyne, co pozostaje to powiedzieć: "Pier... to, biegnij!"

----------------------------------------
Pih "Biegnij, nie oglądaj się (Pier... to! biegnij)"

niedziela, 18 maja 2014

Sławomir Shuty "Jaszczur"

Ojejuśku, ileż to ja ostatnio spędzam  czasu na czytaniu... Chyba zbliża sie sesja, bo z dnia na dzień rośnie moja potrzeba przetrawienia większej i większej ilości książęk. Wczoraj pochłonełąm "Trzęsawisko" w niecałą godzinę, ale o tym w następnej notce.
Wkrótce mam urodziny, ale pewien prezent dostałam już teraz i to właśnie z nim ostatnio miło spędzam czas. A prezentem tym były-książki. Jedną z nich był właśnie "Jaszczur" Sławomira Shuty.
Lektura znana mi z wcześniejszych doświadczeń literackich tylko po fragmentach, ale miałam zamiar kiedyś ją dopaść na dłuższe spotkanie. I doczekałam się.
Troszkę zabiłam sobie tym samym przyjemność czytania "Jaszczura", bo dobrze znałam już styl autora, wiedziałam jak pisze i nie zaskoczyła mnie forma, jaką przyjął. Jednakże sama forma to nie wszystko. Tym bardziej w książce jego pokroju. Dla odmiany nie będę bawić się tu w dogłębne analizy, bo według mnie właśnie to absolutnie nie jest celem tej książki. Ona w żadnym wypadku nie wymaga dogłębnych interpretacji ani też refleksji. Ją trzeba brać na ciepło. Nekrofilskie podejście sprawi, że zatracimy ten element obcowania, na którym zależy nam najbardziej- na emocjach. Dlatego też szybciutko napiszę co myślę. Bo może akurat myślę dobrze..?
Osobiście bardzo spodobał mi się podział tekstu na akapiciki. Każdy z nich zdaje się być małym ziarenkiem, pewnym wyciągiem z rzeczywistości, który po odpowiednim naładowaniu wpływa na aparat poznawczy, dzięki niemu zachodzą w nim pewne zmiany. Ale w tym wypadku, iście artystyczne oddanie rzeczywistości podczaszkowej w cale nie zachodzi. A-autystyczny autor chłonie i przetwarza. Awangarda to maszynka, która z rzeczywistości łopatki i szynki robi mięsko mielone. A "Jaszczur" po prostu pochłania rzeczywistość nie dając nam nic w zamian. No, może oprócz tych kilkuset stron. Wymiana informacji w świecie przedstwionym przez narratora jest jednostronna: bohater jest miotany rzeczywistością, ale w żadnym razie nie może efektywnie wpływać na świat przedstawiony. Ale tylko ten obiektywny. Wszytsko to, co rzeczywiste i niepodważalne automatycznie dostaje ragnę przedmiotu niezniszczalnego, niezmiennego. Jedyne co mozna zrobic, to oszpecić go plakatem czy niedbałym graffitti. Ale to go nie zniszczy. W psychologii od lat istnieje spór o dostępie do emocji za pomocą introspekcji. Dalej zwolennicy przeciwnych teorii są w stanie wydrapać sobie oczy w imię słuszności lub bezużyteczności autowertyfikacji stanów świadomości. Dojście do informacji takich jak emocje i przeżycia wewnętrzne ograniczone jest do raportu werbalnego osoby będącej obiektem badania. Czy można jednak jej wierzyć? Czy ona jest wystarczająco kompetentna, aby wiedzieć, jakie emocje odczuwa? Przerwijmy teraz te rozważania i nakreślmy problem emocji w tekście. Pisanie smsów. No po prostu cudny zabieg! Chciałam troszkę rozwinąć ten wątek, ale trop, który podjęłam okazał się być niezbyt dobry (podobno tylko ja po trzy razy sprawdzam literówki w wysyłanych wiadomościach...).  Jedynym wyrazem ekspresji emocji, które zmieniają rzeczywistośc sa właśnie emocje nakierowane do osób przez wspomniane wiadomości właśnie. Smsowanie z (byłą)dziewczyną na samym początku.  Tylko w tym wypadku emocje odczuwane (bądź też nie!) przez autora mają wpływ na rzeczywistość. Pozostałe elementy świata przedstawionego nawet jeśli oceniane były przez bohatera, nie były przez niego zmieniane. Akceptował on rzeczywistość taką, jaka jest, w całej swojej zgodzie i niezgodzie. Z jednej strony jest to ogromna słabość bohatera, któy nie umie wykrozystać swoich odczuć do zmiany świata go otaczającego, z drugiej natomiast to siła i dystans niezbędna, aby nie zwariować w ciągle zmieniającym sie i pełnym sprzeczności świecie. Ciągle uważam, że główny bohater jest ogromnym konserwatystą w byciu lewakiem. Niebywała tolerancja i dystans miejscami jest destrukcyjny dla jego zdrowia psychicznego, które na każdym kroku bombardowane nieprzychylnym otoczeniem stara sie zrobic wszystko, aby zarył w błoto. Bohater niebywale skrutpulatnie opisuje świat. Analizuje go i stara się rozgryźć nie naruszając jego i tak chybotliwej strktury, namiętnie bujając sie pomiędzy wewnętrznym buntem, Tanatosem a pełnym nadziei i romantyzmu Erosem, który gotów jest wznieść rewolucję i zginąć w pierwszej kolejności. Walkę tę wygrywa oczywiście Destrukcja. A czegóżby innego spodziewać się po polaku?
Bardzo polecam książkę. To tytuł, którego absolutnie nikt nie powinien przegapić. Nie ważne jak wiele dzieli czytaleników, każdy z nich zapewne nie raz zauważył te detaliki, które tak destrukcyjnie wpływają na każdego z nas, doprowadzając do szału nawet najbardziej opanowane umysły. "Jaszczur" to pojedyńcze kropelki, które przelewają czarę goryczy każdego z nas. Namiętnie i notorycznie obdzierająć świat z refleksji większej niż to, co tu i teraz, z refleksji mogącej odciąć się od gwoździ kłujących w zadek, które niespodziewanie wyrastają z najdroższych atłasowych i jedwabnych tkanin tronu jakim jest człowieczeństwo.

Eoin Colfer "Artemis Fowl"

Powinnam była zacząć od tej serii, aczkolwiek chciałam podkreślić swoje nowe gusta "Sukkubem". Córka marnotrawna wraca jednak teraz do tego, który obudził w niej miłość do książek. Szanowni państwo! Mam zaszczy przedstawić wam Eoina Colfera, autora mojej najukochańszej serii książek z czasów mojego dzieciństwa. To dzięki serii "Artemis Fowl"" zaczęłam czytać jeszcze więcej, niż do tej pory.
Eoin Colfer (jego imię wymawia się jak "Owen". Ciekawe, prawda?) jest nei tlyko pisarzem, ale i  nauczycielem. Największa sławę przyniosła mu właśnie czczona przeze mnie seria o dwunastoletnim geniuszu zbrodni, który pragnie przywrócić świetność swojemu rodowi kradnąc złoto wróżkom; sprytnym istotkom, którym daleko do baśniowych, dobrodusznych stworków. Ich wysokorozwinięta technologia ukryta tuż pod naszymi stopami stanowi nie lada wyzwanie dla wielkiego umysłu nastolatka... Ale o tym później. Oprócz tej serii, na uwagę zasługują też inne książki tego autora. Szczególnie ciepło polecam "Listę życzeń", "Lotnik" i powieść "Fletcher Moon, prywatny detektyw". Co prawda, szukać należy go raczej w dziale z książkami dla dzieci, ale jak dla mnie jest to bardzo niesprawiedliwa ocena. Co prawda zakochałam się w jego książkach wieki temu, ale wciąż do nich wracam a pan Colfer ma specjalną półeczkę w moim pokoju, tuż za zagłówkiem mojego łózka, abym mogła w razie bezsenności odwiedzić świat, który wykreował.
Ciężko dostać "Artemisa". Tylko dwa wydawnictwa zdecydowały się wydać tę serię. O wiele łatwiej dostać hp czy inne opowieści z narni. Smutna historia. Ale jeśli już, to wydania są całkiem ładne. Co prawda, ŚK specjalnie się nie wysilił, ale i tak idzie postawić to to na półce.
Jak już wspominałam, seria książek opowiada o przygodach Artemisa Fowla, dziedzica fortuny rodu Fowlów, który słynie ze swojej nie bzyt czystej działalności. Młody bohater jednak stara się za wszelką cenę przywrócić Fowlom należne im miejsce i odbudować ich majątek. Bardzo ważne jest to, że Artuś słynie z niebywałej inteligencji a jego erudycja jest bardzo przydatna w tym, co lubi robić najbardziej-w knuciu niecnych planów. W czasie jego poszukiwań nowego źródła  dochodów, dowiaduje się, że wróżki na prawdę istnieją. Udaje mu się podstępem zdobyć Księgę, w której zawarte są wszystkie sekrety Ludu a tym samym uzyskać materiały do uprowadzenia jednaj z wróżek, aby zażądać okupu-garnca złota. Tak, Artemis jest Irlandczykiem.
Szybko okazuje się, że wróżki to tajna organizacja wyprzedzająca naszą technologię o stulecia, a ich cywilizacja  nie skupia się jedynie na hasaniu po kwiecistych łączkach i zamienianiu mleczaków na ćwierćdolarówki.
Sama postać Artemisa jest miejscami nudnawa, niebywale przewidywalna a jedyne co w niej zaskakuje, to misternie opracowane plany i inteligencja. Po mimo tego, że główny bohater jest taki, jaki jest, to otaczające go postaci nadrabiają jego statyczną wyższość. Ochroniarz głównego bohatera, Butler jest jedną z moich ulubionych postaci. Przerośnięty ludź, urodzony i wyszkolony tylko po to, by służyć Fowlowi. Kolejną ciekawą postacią jest centaur Ogierek, którego teksty oraz zachowanie (szczególnie paranoje i fobie, których ma niemało) wprowadzają dodatkowe wątki humorystyczne. Bardzo dobrze przemyślany został świat przedstawiony. Kolejne przygody, które przeżywają bohaterowie płynnie łącza się ze sobą i dają Artemisowi możliwość do popisania się swoim nieprzeciętnym intelektem. Czytują całą serię przynajmniej kilka razy w roku, ale za każdym razem przeżywam całą historie od nowa. Kolejna zaleta serii jest absolutna niemożliwość przewidzenia tego, co stanie się za kilka stron. Jakiekolwiek scenariusze by się nie wymyśliło, nigdy nie będą one tym, co przygotował dla nas Colfer. I dobrze!
A teraz wady. Niestety, po siedmiu tomach serii jesteśmy w stanie już troszkę zgadywać, co się wydarzy. A wszystko to przez postaci, które cały czas się powtarzają. W czasie akcji dochodzi do poznanej na początku kadry tylko kilku bohaterów, którzy co prawda, wzbogacają poczet niezapomnianych postaci, ale sprawiają, że im dłużej znamy postaci, tym bardziej przewidywalnie się zachowują.
Osobiście polecam czytać całą serie od początku. Przeskakiwanie z tomu na tom jest oczywiście możliwe, przez to, że bohaterowie są statyczni a wszystkie informacje, które potrzebujemy mieć, aby zrozumieć ich postępowanie w danej książce podane są na tacy, wielokrotnie powielane. To bardzo denerwuje i sprawia, że "Artemis Fowl" nie może dać wielkich uniesień literackich, a próba zbudowania rysów psychologicznych postaci kończy sie zapisaniem dwóch lub trzech mondrowatych pojęć i postawieniem nikczemnej kropki. Tak wiem, to w końcu tylko seria książek dla dzieci, ale miejscami ten zabieg obraża inteligencje czytelnika. Nawet tego młodocianego.
Kupiłam kilka tomów w oryginale. Po przeczytaniu ich uznałam, że w większości to jednak zasługa tłumacza, który zgrabnie wplótł humor tam, gdzie Colferowi nie do końca się to udało.
Skoro już mowa o humorze, to warto przyznać, że samo poczucie humoru w serii jest specyficzne i nie każdemu może odpowiadać.  Drugim elementem, który sprawia, że na twarzy czytelnika pojawia się uśmiech jest inteligencja Artemisa (kawiarnia w Ho-Shi-Min!). Jego przenikliwy umysł i niebywałe zdolności analityczne to chyba to, za co najbardziej się go lubi.
Długo czekałam na każdy kolejny tom. A jeszcze dłużej zajęło mi czekanie na film na podstawie książki. I mówiąc szczerze, ciągle czekam i powoli tracę nadzieję. Chociaż zobaczenie Hally Berry w roli Kapitan Niedużej może być warte czekania...
Po drodze obok serii pojawił się tez komiks (nie ejstem przekonana do kreski i wizualnej kreacji postaci), który całkiem zgrabnie spina książkę, ale z pewnością jest to atrakcja raczej dla tych pozbawionych wyobraźni, bo jednak po przeczytaniu chociaż fragmentu, zdolność kreowania w naszym umysle nabija coraz to wyższe lvle... Kolejnym absolutnym niewypałem jest "Kartoteka". Kupiłam ją chyba tylko dlatego, że brakowało mi jej do kolekcji, ale nie polecam. Książeczka z magnesowym zapięciem, jak sekretnik nastolatki. I o zgrozo-zawiera w sobie krzyżówki, alfabet wróżek i całą resztę gówniarskich rozrywek dla dzieci od lat trzech do dwunastu. Jedynym ratunkiem dla tej pozycji są dwa fragmenty tekstu, które mogłyby zagościć w którymś z tomów oryginalnej sagi. Dopiero po zobaczeniu tego tomu poczułam się dziwnie i uświadomiłam sobie, że czytam jakąś dziecinadę. Tak czy inaczej, polecam wszystkie tomy z serii oprócz wspomnianego właśnie. Możecie z czystym sumieniem sobie go odpuścić.
Ogólne wrażenie: moja wielka młodzieńcza miłość wraca bezustannie. Serie uwielbiam i podejrzewam, że jeszcze długo będę wracać do niej. I pomimo swoich wad jestem przekonana, że "Artemis" jest stanowczo lepszą propozycją od tego wszystkiego, co można znaleźć w empikach i innych ksiengarenkach. Przynajmniej w dziale dla dzieci...  Czekam na film. I mam szczerą nadzieję, że gdy się pojawi, to Artemis będzie miał swoje pięć minut w Polsce.
Napisałabym więcej, ale chyba nie ma po co.
I tak pewnie nikt tego nie tknie gdy zobaczy dział, z którego pochodzi. Ale w ten sposób chciałam oddać hołd autorowi i podziękować mu za wciągnięcie mnie w świat książek, w którym zapadam się coraz bardziej i bardziej.
Dziękuję panie Colfer. You made my childhood awesome! :)

piątek, 25 kwietnia 2014

Karol Zdechlik "Powtórne przyjście"

Zdechlik. Karol Zdechlik. To wielce szanowny jegomośc, o którego ostatnim wybryku literackim chciałabym tutaj skrobnać parę słów. Jego ostatnie opowiadnie nie tylko wstrząsneło mną, co było mozliwe do tak wielu interpretacji, że moja maszynka poznawczo-interpretacyjna ruszyłaaaaaa! A jej owocem pozostały sny o końskich głowach ganiających na samych tylko kościstych kręgosłupach.
Uwaga i uwaga raz jeszcze! Moje intepretacyje mogą się znacznie różnić od tych, które jakby to komisja egzaminacyjna nazwałą, autor miał na myśli. Jednakże, moje podobają mi się bardziej.

Karol Zdechlik to krnąbrna istotka, która złapać można na "Niedobrych literkach". Z tamtąd też zaczerpnęłam jego tekst, o którym dziś będzie: "Powtórne przyjście".
Jest to opowiadanko, którego jedyna chyba trafna charakterystyka została wstawiona przez Świętych Adminów NL.  Skrobne tutaj krótko, jak JA rozumiem to opowiadanie. Podkreślę to, co kazał mi podkreslic głosik w mojej głowie, przemilczę to, co mi poleci a co zrobię z resztą? Zobaczymy.

Po pierwszej lekturze opowiadania rzuca sie w oczy jego budowa. Dzieli się ono na dwa elementy: ten bardziej opisowy i ten bardziej dynamiczny. Jakkolwiek element opisowy zawiera w sobie ruch, i to ruch jakiejś ludzkiej (?) masy, to nie jest to takie przemieszczenie, które zmienia jakiekolwiek rozmieszczenie sił w układzie. Bezcelowośc ruchu wykonywanego przez wspomnianą masę w ten sposób świetnie podkreśla absolutny bezsens tego, czym tak na prawdę staje się "iście".
druga część natomiast zawiera dialogi. Może to banalne, ale wprowadzenie jakiejkolwiek naocznej dla czytelnika interakcji sprawia wrażenie mniejszej płynności tekstu, pozwala też przyjrzec się temu, czego nie wszystko jednak wiedzący, narrator trzecioosobowy chciał napisać. A może po prostu wszechwiedzący nie wie wszytskiego? Nawet w kontekście końca świata?

Poruszająca się masa aż się prosi o nadanie jej etykietki tych, którzy zmierzają gdzieś prowadzeni przez kogoś.  Religijność. No i jeszcze te wszechobecne wielkie litery na samym początku pewnych wyrazów o platońskiej mocy przebijania szaromasowej rzeczywistości. Wszytsko, co nadzwyczajne, ponaprzeciętne i platońskie dostaje złudną wielka literkę. Nazwy największych, zabitych dechami wioch równiez piszemy wielka literą... To, że coś z szacunku bądź neizrozumienie jego istoty, napisane jest nietypowo, nie oznacza, że warto po to sięgać, a już na pewno za tym podazać. Tym bardziej iść za czyms, czego się nie rozumie. Lub co gorsza, iść za czymś, czego zrozumieć się nie da.
Sprytnie wplecione tutaj odwołanie do pieśni sezonu, "Barki", podkreśla nie tylko negatywne nastawienie do chrześcijańskiego podejścia, ale ostro krytykuje wszytskie religie wrzucając je do jednego worka, w którym lądują wszyscy Wybrani i Wybrani By wybierać.
Krzyż. Mogłoby sić wydawac, że cięzko go zinterpretować inaczej, niż po katolicku, ale po przeczytaniu pierwszych akapitów jednak bardziej skłaniałam sie do bardziej biologicznej definicji. a może to ta maturka tak mi uderza do głowy? Tak czy inaczej, krzyż odczytany tutaj jako po prostu fragment kręgosłupa ciągnie za sobą ból w krzyżu; zmorę moherowych oblegów autobusowych oraz tych, którzy kłaniają się zbyt często, wyrzekając sie dumy przypisanej pojęciu człowieczeństwa.
"Gdzie jest krzyż!?"-chciałoby się zacząć krzyczeć, ale to nie takie wołanie jest kwintesencją tego, co najbardziej irytujące w ciemnej masie poruszanej falami radiowymi. Krzyż to tez skrzyżowanie. To uginanie sie bolącego krzyża pod samym sobą, który zgina sie, kłaniając się natrętnie.
W czasie dzisiejszej jazdy busikiem do domku z wielkich książkowych zakupów zrobiłam szybciutki szkic świata przedstawionego. I dostałam dwa pierścienie przecinające się w dwóch miejscach tak, że tworzą zarys kuli. Niestety, ze względów technicznych chwilowo nie mogę podzielić sie projektem.
I proszę bardzo! Mamy i krzyż i bezsens, czyli ciągle powracające problemy, pytania i ich rozwiązania oraz gryzące swój własny ogon religie wszelkiej maści. Obie belki krzyża (teraz, to już właściwie obręcze) tworzą autostradę głupoty, nasz własny, nowy, aczkolwiek nie nowoczesny "Wóz Siana", który nie zaprowadzi nas nigdzie, cały czas będziemy wracac do punktu wyjścia, zużywając drogocenną benzynę. Cóż, przynajmniej na tej polskiego pochodzenia autostradzie nie ma bramek...
Pokłony składane natrętnie mogą byc konstruktem pozycji społecznej, relacji międzyludzkich i uzyskania wymarzonego stanowiska (oczywiście, jesli nie aplikuje na nie równocześnie siostrzeniec szefa!).  Zdechlik ukazuje tez ich destrukcyjny, często pozbawiony jakichkolwiek oznak refleksji aspekt, który wysysa z nas indywidualność i wpasowuje nas tak, aby wszystkie barwy osobowości utworzyły razem szarość. I to taką, która nie będzie opierać się na kontraście, ale na przeciętności. Kult minimalnego rozstępu i odchylenie standardowego. Ot, takie zboczenie postpierwszosemestralne.
Podkrzyżowe postaci, szczególnie Fryderyk, przywoływały najpierw w mojej głowie zagościł Chopin. Dopiero chwilkę później przybył Nitzche i uporządkował maluśki rozgardiasz, w którym zagubiłam sie na chwilkę lub dwie. Czyliżby znowu Polak? Polska wybrana? Wielka? Wspaniała? NOPE. To nie ten Fryderyk, nie ta wizja Polskości. Zastanowił mnie jednak delikatnie fakt tego, dlaczego ja do jasnej anielki nie pomyślałam najpierw o innym Fryderyku. To troszkę dołujące, że najpierw pomyslałam akurat o tym, którego twórczość, a raczej po prostu określenie, że Chopin wielkim muzykiem był, wkładane mi było do głowy tek intensywnie, że wykorzeniło ze mnie pierwsze skojarzenie z szanownym filozofem.
Zabójstwo tego co było.
Apokalipsa. Koniec świata i biblijnie obiecane wskrzeszenie wszystkich umarłych.  wielkie odrodzenie istot mitycznych, które już były, ale życie ich zostało skrócone przez ludzką pychę i nieprzemyślane rozwiązania problemów dziś łatwiejszych do obeznania. I cóż, mitycznym stworom tez sie oberwało po respie. I co? Te stworki nigdy nie istniały? Gryfy i satyry to wymysł pogańskich ludów nieoświeconych dobrocia słowa bożego? Może tak powiecie im to prosto w oczy?
Przyapokaliptyczna wielka wędrówka ludów, nikt do końca nie wie gdzie i po co, ale trzeba iść... Po zbawienie czy dwa. Nie wiem. Podobno dają cos gratis.
Z tego tekstu bije romantyzmem. Te mityczne postaci, niezbyt jasne pojęcie życia i śmierci, bóg tak bardzo fajny, Polska narodem wybranym. A to wszystko tylko po to, by mieć co wyśmiewać. Karol Zdechlik w jednym opowiadaniu rozprawia się z romantyzmem, z którego staramy sie wyleczyć od samego jego początku i pomimo upływu czasu, jako narodowi, ciągle nie udaje nam sie tego zrobić. Przynajmniej nie tak dobrze, jak zrobił to Zdechlik. Bądźmy wszyscy Zdechlikami. Tego i sobie,  i Wam życzę.

Osobiście utwór ten odczytałam jako jeden wielki nihilizm doprawiony hejtem na wszytsko, co tworzy cokolwiek społeczeństwotwórczego: wspólny cel (bo dokądś wszyscy, jako masa zmierzają), religię (ach te krzyże), politykę i zależności społeczne (pokłony plus spowodowane nimi nawracające boleści krzyża) i Kozioł wie co jeszcze!

wtorek, 25 marca 2014

Grzegorz Gajek "Moja na zawsze- nowela przedziwna o miłości silniejszej niż śmierć"

W pierwotnym planie miałam najpierw skrobnąć recenzję całościową tego najsłodziachnowatowańszuściowatowaśniejszuśnego zbiorku pt. "Bizarro bazar", ale postanowiłam owy pomysł troszkę zmodyfikować. Nakłoniło mnie do tego tytułowe opowiadanie tejże notki.
Ukryte gdzieś przy końcu wspomnianej książki czekało na mnie! Moja ziemia obiecana! Powód boleści brzucha i nieprzyzwoicie szerokich uśmiechów rozdawanych otoczeniu, wydawać by się mogło, bez powodu.
Nad tytułem zapisanym charakterystyczną dla tomiku czcionką, widnieje autograf autora, który właścicielowi książki udało się jakoś zdobyć. Pismo autora wzbudziło we mnie zaskoczenie. Zbyt ładne i grzeczne. No i jeszcze ten tytuł... Nie wiedziałam do końca czego się spodziewać. Miałam nadzieję, że to nie kolejne idiotyczne romansidło z gatunku tych, które zalegają u mnie w domu naprzynoszone przez moja mamę. Szybko otrząsnęłam się jednak po przeczytaniu pierwszego zdania, a kąciki moich ust zwalczyły szybko grawitację.
Opowiadające opowiadanko opowiadając opowiada opowiadająco o panu, który uciął sobie nogę. :D
A tak dokładniej, to narrator opowiada jak to zrobił. Narracja pierwszoosobowa przy samookaleczaniu: zawsze spoko! Ale oczywiście, nie każde ryczenie nastolaty na pseudoblogu o tym jak to się cięła łyżeczką az do przecięcia naskórka jest fajne. Autor jednak użył mowy potoczej i szerokorozumianych wulgaryzmów. Tekst przypomina raczej jedną z ostro przerysowanych opowieści w czasie mocno zakrapianej imprezy. Jednak na ta bajeczkę, ciężko będzie wyrwać jakąkolwiek dzierlatkę (chociaż po przeczytaniu tego tekstu, niezwłocznie skontaktowałam sie z właścicielem książki by oznajmić mu, że "nosz kurna znowu!?" się zakochałam). Bardzo spodobało mi sie odwołanie do "Prusa" oraz rozwiązanie problemu scen pozornie niemożliwych (mówiąca, czy trzymająca coś noga). Świadczy to tylko i wyłącznie o tym jak bardzo popieprzony jest autor. W całości tekstu nie ma ani jednego zbędnego zdania. Każde kolejne pełni jakąś funkcję, która dopieszcza niemiłosiernie niegrzecznie i powoduje, że chce się czytać więcej. Każde kolejne zdanie jest kolejnym ugryzieniem, zatopieniem kłów w spasionym dupsku milionera: może wydawać się dziwne, ryzykowne i nieprzyjemne, ale za to jakie zabawne.
Chciałabym napisać, że jedyną wadą tego opowiadania jest to, iż jest zbyt krótkie, ale niestety, nie mogę. Stało sie tak dlatego, że opowiadanie to świetnie wpisuje się w regułę, którą autor zamieścił na końcu. Bizarro trzymające się reguł. Fascynujące.
Polecam ciepluśko! I nie ważne, czy ktoś potraktuje to jako opowiadanie jako instrukcje obługi piły mechanicznej, wzruszającą historie miłosną z happy-endem, czy zapis wewnętrznego monologu barowego bywalca, z pewnością wam sie spodoba! A ja już wiem z jakim tekstem pójdę na kolejny konkurs recytatorski...

czwartek, 20 marca 2014

"Horror show" Łukasz Orbitowski

 Studia to taki paskudny czas w zyciu każdego studenta, kiedy czyta sie to, co trzeba a nie to, na co ma sie akurat ochotę. Udało mi sie jednak znaleść troszkę czasu na pewien "horror realistyczny", jak to zgrabnie ujęto na okładce. Czas do tego również przesiąknięty był podobna atmosferą... Za czytanie wziełam sie pilnując uczniów piszących próbny egzamin gimnazjalny.
Na samym początku pragnę zwrócic uwagę na cos, co w czasie lektury doprowadziło mnie do niemalże furii: brak kilku stron, i to w stanowczo najfajniejszych momentach. Kilka z nich, w samym środku akcji jest po prostu pustych. I nie, nie jest to celowy zabieg. Udało mi sie szybko uzupełnić wiedzę z przerażającej bieli za pomocą chomikuj.pl (wybaczcie mi, błagam...) i przyjemność czytania wróciła. Książeczka sama w sobie nie pociąga wygladem, ale ja wiem, że takie skromnie wyglądające i zaniedbane egzemplarze przewaznie kryją w sobie wyjątkowo dużo dobrego. Tym razem było podobnie.
Giełdziarz to mieszkaniec Krakówka, który stara się wybić. Robi to jednak bez uzycia duplomow i znajomości, ale poprzez paserstwo. Nie tylko jemu przyświeca ten w tym trudnym, pełnym przeciwności świecie. Ludzie, którzy go otaczają, to przewaznie równi mu pod wzgledem statusu pechowcy, albo po ostu ludzi, którym zabrakło czegoś, aby odnieść sukces. Smuci nie tlyko ubogośc świata przedstawionego i to, jak mało wiemy o bohaterach. Na początku myślałam,że to celowe, aby każdy mógł poczuc sie bohaterem, ale szybko odpuściłam. Profile psychologiczne? Użycie tego okreslenia w kontekście "Horror show" to mocne nadużycie. Żadna z postaci nie powala. Wszytsko grzecznie układa się w całośc. Potrzymane ciągi przyczynowo-skutkowe i widać przemyslenie pewnych kwestii przez autora, ale jak dla mnie ta historia od samego początku została skazana na taki obrót spraw, co bardzo mnie wkurzyło. Nikt nie miał absolutnie żadnego wyboru. Wszystko toczyło sie według niebywale przewidywalnego scenariusza. Niby przeciętnie inteligentni bohaterowie, a okazuje się, że potrafią wybrać zawsze mniejsze zło... Tak, jakby ten incydent miałby byc ich wielkim, a może i nawet pierwszym, prawdziwym sukcesem. Marne pocieszenie dla ledwo skleconej rodziny dręczonej alkoholem i bezrobociem.
Sam pomysł na horror nieszablonowy, ale nie wykorzystano potencjału, jaki ze soba niósł. Świat przedstawiony w powieści jest niebywale i bolesnie realistyczny i przerażający w swojej (naszej!) bezkompromisowej i demonicznej rzeczywistości. Świat towarów niepewnego pochodzenia, paserstwa, policyjnych nalotów i bezrobocia. Świat bardzo bliski smutnemu wizerunkowi Krakowa na jaki zapracował sobie przez ostatnie lata. Ma to jednak swoja ogromna zaletę... Jako osoba, która dosyć dużo czasu spędza w tym mieście, dobrze orientuję się gdzie które zdarzenie mogło miec miejsce, jak dana scena mogłaby wygladać. Ale to przywilej tylko osób znających to miasto. Co więcej, mój grzeczny, studencki umysł skażony został masą informacji o brudnych miejscach, koło których przejeżdżam codziennie, o których nie wiedziałam, i raczej wiedzieć powinnam. Bronowice już chyba nigdy nie będą mi sie kojarzyc z pewnym znanym dramatem, a zostaną juz na zawsze skojarzone z dramatem staruszka i jego rudego kota.
Pomysł na historię bardzo mi sie spodobał, aczkolwiek motyw układanki, którą znajduje główny bohater wydaje mi sie byc marną próbą przekazania czegoś jako problemu skomplikowanego i wymagającego. Równie dobrze mógł to być przeklęty tupecik czy po prostu wspomniany, demoniczny czworonóg... Ale puzzle? Może od razu kluczyk do szkatułeczki z odpowiedziami na wszystkie problemy tego świata?
Jak dla mnie, ksiażki tej nie da sie nie lubić. Może i nie powala z nóg, nie błaga o film, serial i wpisanie do kanonu lektur szkolnych, ale coś w niej jest. Raz na zawsze czaruje pewne zakątki nie tlyko Krakowa, ale i świadomości; tego, jak postrzegamy miasto. Odwraca uwagę od Sukiennic i Krupniczej, kieruje ją w stronę demonicznego Krakowa. Nawiedzonego przez duchy tych, którym się nie udało. Polecam, ale nie przesadnie. Po prostu warto sięgnąć.







wtorek, 4 marca 2014

Na dobry początek i rozruszanie kości: "Sukkub" Edward Lee


Mój mały światek postanowił bujać się jak dupsko tancerki umilającej czas facetom dręczonym kryzysem wieku średniego. Jedna noc spędzona na „Dowodzie rzeczowym nr 1″ i sześciu puszkach energetyków zadziałała dobrze. Ale tym razem wieczorny czas pełen weneckich luster, puszek pandory oraz szatańskich wersetów ukoronowanych śniadaniem mistrzów przyniósł nie tylko smutek i zagubienie. Tym razem zdażyłam poczytać sobie chociaż troszkę…
A to, co przeczytałam ostatnio spodobało mi się tak bardzo, że jestem winna autorowi, Edwardowi Lee skromna recenzję książki "Sukkub", która umiliła mi ten czas.
Zostałam namówiona do lektury w zakazanym czasie (pierwsza sesja!). Przeciwieństwa potrafią nieźle człowieka podniecić, ale stan, w jaki wprowadził mnie Edward Lee w swojej książce „Sukkub” był czymś większym i głębszym. Prawdziwym orgazmem literackim. A moje wyobraźnia, puszczona na pastwisko pełne czterolistnych, krwawych koniczynek hasała sobie słodko pierdząc laserem (kopirajt by Wład), bo wymiotowanie efektem przepuszczenia wiązki światła przez pryzmat już dawno wyszło z mody.
Sukkub potrafi zachwycić. Niestety, nie pomysłem. Albo to po prostu mój zużyty pod tym wzgledem umysł i za dużo książek tego typu, które dalej powracają nocami, przynosząc delikatny uśmieszek. Standard. Kobieta sukcesu, spełniająca się w zawodzie, mająca kochającego partnera i problemy z w jakimś sensie wybitnym dzieckiem dostaje "znaki", które uparcie ignoruje. Czytałam takich książek już tony. Śmie nawet stwierdzić, że to właśnie powód, dla którego powoli odsunełam sie od gatunku. Z jednej strony dobrze wiedziałam, co stanie się już zaraz, na nastepnej stronie, z drugiej strony nie mogłam znaleść nowego autora, który by mi sie psodobał, bo moi faworyci z gatunku zaczęli nadużywać crtl+c i ctrl+v. Wiem, że nie powinnam wymagać wiele od autorów, skoro delikatnie mówiąc, połykam książki i trudno mnie zaskoczyć, ale na miłość nie-boską! Ileż jeszcze będę czytać książek, których streszczenia nie dają sie od siebie odróżnić...?
Wracając do akcji: wszystko wydaje sie być supcio, pięknie, ładnie i kolorowo, ale tak na prawdę  zmierzamy do wielkiej, krwawej jatki uhoronowanej fruwającymi flaczkami, chlebem macicznym i kotłami, w których cichutko bulgota sobie krew dziewic.
To prawda, że pierwsze zdanie, jakie czytamy przyspiesza puls i sprawia, że kąciki ust wdają się w ostry konflikt z grawitacją. Ale to nie to. Wątek z samego początku zanika prawie całkowicie tylko po to, by pojawić się na samym końcu. Jakkolwiek doceniam wymyślne pomysły na tortury i ciekawe koncepty na zadawanie bólu, to jednak uważam, że Masterton bez robienia takich wstępów uzyskuje o wiele lepszy efekt. Jego „Czarny Anioł” bezwstydnie okupuje literacki tron mojego serca. I nie kaleczy w sposób tak perfidny wiedzy dotyczącej cywilizacji przedfejsbuczkowych.
Kaleczenie mitologii… Żeby z czystym sumieniem przeczytać Sukkuba należy wyrzucić ze swojej pamięci absolutnie wszytsko, co wie się o zaginionych cywilizacjach, mitologii itp. Język, jaki został wykreowany to nie to, co zrobił Tolkien. Jak zawsze, iście kawaistyczne zakochanie w językach, w których każde słowo brzmi jak rozkaz rozstrzelania. Tym razem jednak uproszczone, okiełznane i wygładzone tak, aby z czystym sumieniem móc krzyczeć te słówka w wyobraźni bez większej kontuzji wyimaginowanego języka. Dopiero na bazie absolutnej niewiedzy, można zbudowac ubogi świat przedstawiony Sukkuba. Bezlitośnie przewidywalny. Absolutnie niezaskakujący. Ale nie nudny!
Postaci wykreowane przez autora tak samo nie dziwią. Jak zawsze, grzeczna i spełniająca się kobieta, przeklęta w swoich stronach odnajduje miłość życia, ale z powodu poświęcenia sie pracy zaniedbuje dzieci, które mają jej tak wiele do powiedzenia. Czyliżby antyfeministyczne „kobieto, wracaj do kuchni, bo ci łańcuch przykrócę?” Nie ważne. Ważna natomiast jest postać matki Ann. Ona i wszyscy mieszkańcy rodzinnej miejscowości bohaterki. Demoniczni, ale i niebywale przewidywalni. Zalatuje od nich siarką już od samej wizyty Ann u swojego terapeuty. Jedynym powodem, dla którego głos zdrowego rozsądku wrzeszczący jak zbyt zaangażowany widz w kinie wrzeszcvzący "nie idź tam!" pozostaje w tle, to cheć "dowalenia sobie". Ludzie już tak maja, musza sobie dać pokutę lub dwie. Ewentualnie piętnaście.
Na uwagę zasługują też zbiegowie szpitala psychiatrycznego. Wyjątkowo spodobały mi sie ich rozmowy między sobą oraz ich bardzo specyficzna relacja, która pomimo oczywistych obustronnych profitów zawiera w sobie rozdarcie psychiczne bohaterów pomiędzy wieloma sposobami śmierci, jakie możnaby zadać towarzyszowi, gdy ten przestanie byc potrzebny.
Jak już wspomniałam, wiele z pomysłów autora (bądź tych zapożyczonych) jest wspaniałych, ale cała fascynacja lekturą urywa się. W momencie połączenia się obydwu wątków (ucieczka ze szpitala i wydarzenia z Lockwood) coś nie zagrało. Oba trybiki, które osobno działały bardzo sprawnie w połączeniu wydają się szwankować. Ich połączenie wydaje się być wymuszone. Troszkę tak, jakby wspomniani pacjenci psychiatryka wciśnięci byli tylko po to, by swoimi bestialstwami nadrobić to, czego brakuje w życiu codziennym Ann. Gdzieś przecież trzebabyło upchnać fruwające flaczki i brutalne penetracje... Niestety, prawniczki, aczkolwiek pytskate, wygadane i pomysłowe z reguły nie gwałcą napotkanych ludzi mordując ich w tak efektowny sposób, jak robili to wspomniani już uciekinierzy.
Zakończenie „Sukkuba” jak już pisałam, nie zadziwia. Wymuszone. Troszkę tak, jakby autor potrzebował zakończyć jak najszybciej, bo gruby pan w ciemnych okularach domaga się mięcha, a jak sie spóźni z terminem, to nie dostaje pieniążków. Tak bardzo żal…
To mój najwiekszy zarzut, jaki mam do autora. Cudnie budowana atmosfera pęka niczym bańka mydlana. "Pies ci zdechł, ale możesz go zatrzymać."
Język, z jakim pisze autor odpowiada mi, aczkolwiek brak mu polotu. Miejscami możnaby lepiej opisać pewne hm.. specjalne wydarzenia. Jednak wystarczy to, by poruszyć najbardziej zboczoną wyobraźnię. Tak jak w przypadku innych tego typu książek, co jakiś czas trzeba pauzować, bo wyobraźnia molestowana mnogością krwi i bólu galopuje zbyt szybko, by delikatne serducho mogło nadążyć. Pomimo to, jednak Sukkub jest w czołówce i nie wróżę mu detronizacji. Nawet jeśli wyjdzie coś lepszego, brutalniejszego, pisanego z większą finezją, to Sukkub z wielu względów zostanie w moim sercu. A do szabolonowości juz chyba przywykłam. A może po prostu jestem szalona? Właściwie… Wcale nie zaprzeczę…

Przedpoczątek


I oto nadeszła ta chwila. 

Ziściły się moje plany założenia nieco bardziej profesjonalnego bloga, bez gówniarskich, pseudoegzystencjalnych notek o niczym. Tak przynajmniej planuję, gdyż blog ten będzie przede wszystkim miejscem do komentowania i recenzowania przetrawionych przeze mnie książek. Może z czasem dorzucę tu jeszcze filmy i muzykę. Zobaczymy.
Cieszę się, że wkońcu zdobyłam się na realizację tego pomysłu, który pewnie zapuścił już pokaźną brodę czekając na swoją kolej na mojej "to-do" liście.
Na samym początku skrobnę jadnak kilka słów o sobie, cobyś Ewentualny Czytelniku miał jakie takie pojęcie, czego możesz się tu spodziewać. Mam jednak cichą nadzieję, że będę zaskakiwać. Lubię to robić.
Mam na imię Karolina, ale wołają na mnie Felis. Mam 19 lat. Obecnie jestem studentką psychologii na uniwersytecie Jagiellońskim i dodatkowo kształcę się jeszcze w kilku innych kierunkach. Zdiagnozowano 
u mnie idealizm i romantyzm. w wolnych chwilach czytam, rysuję, oglądam anime, słucham muzyki i nerdzę.
Czytam dużo przeróżnych rzeczy. Od podręczników, poprzez tomiki poezji, przewodniki turystyczne 
i poradniki po horrory i bizarro. Podejrzewam, że tych ostatnich będzie tu najwięcej.
Chciałabym też bardzo serdecznie podziękować pewnej osobie, która miała ogromny wpływ na mnie 
i dzięki której zdecydowałam się jednak zacząć pisać tego bloga. 
Moje podziękowania powinny trafić też do Wojtka(!), Mateusza, Patryka i Michała. Za wspieranie mnie. Każdy na swój własny, specyficzny sposób.